Kościół Katolicki Dziś
JE ksiądz biskup Stanisław Wielgus
To nie przypadek, że pierwsze przykazanie Dekalogu domaga się od nas wiary w
jedynego Boga i odrzucenia pogaństwa. Jest ono bowiem fundamentem wszystkich
innych przykazań oraz prawd wyznawanej przez nas wiary.
Wbrew pozorom pogaństwo nigdy nie umarło. W ciągu wieków zmieniało tylko swoje
oblicze. Zmieniało bogów i sposoby oddawania im czci. Zaczynało się ongiś i
zaczyna dziś wraz z odrzuceniem planu Bożego objawionego w Jezusie Chrystusie,
czyli wraz z odrzuceniem Jezusa Chrystusa[1]. Obecnie staje się wyjątkowo silne
i wyjątkowo groźne. Ogólnie rzecz biorąc, występuje w dwóch postaciach. Jako
tzw. pogaństwo na zewnątrz Kościoła oraz pogaństwo wewnątrz Kościoła.
Tak zwani zewnętrzni neopoganie to ludzie niewierzący, którzy otwarcie odrzucają
wiarę i moralność chrześcijańską, a w ich miejsce głoszą wartości pogańskie. Nie
mają oni w najmniejszym stopniu świadomości, że człowiek nie istnieje dla swojej
chwały, lecz dla chwały Bożej. Nie dostrzegają różnicy jakościowej między Bogiem
a człowiekiem. Jeśli godzą się na Boga, to tylko jako na coś, o czym można mówić
i czym można dysponować według własnego uznania, jakby się było Mu równym. Żyją
w "nieobecności Boga". Żyją tak, jakby Bóg nie istniał. Uwolnili się od związku
z Nim. Ogłosili się całkowitymi panami siebie i swojego losu. Weszli na Boży
tron jako niezależni od nikogo twórcy nowej moralności, bezbożnej, nie mającej
nic wspólnego z Dekalogiem. Sami sobie i wszystkim swoim, nawet najbardziej
wszetecznym zachciankom i występkom oddają boski kult. Jest ich dziś bardzo
wielu. Można bez żadnej przesady powiedzieć, że niektóre całe współczesne narody
żyją tak, jakby Bóg nie istniał i nie pozostawił im swojego moralnego prawa.
Odrzuciły ze swojego światopoglądu wertykalny, nadnaturalny wymiar
rzeczywistości i człowieka. Pozbyły się ze swojego życia - indywidualnego i
społecznego - pierwiastka sacrum[2]. Żyją tylko w wymiarze horyzontalnym:
doczesnym i materialnym.
Neopogaństwo stało się niestety także problemem wewnątrzkościelnym.
Jak powiada kardynał J. Ratzinger: "Wzrasta ono bez przerwy w samym sercu
Kościoła i grozi zniszczeniem go od wewnątrz". Kościół katolicki staje się
niestety Kościołem pogan, którzy nazywają się jeszcze katolikami czy
chrześcijanami, ale myślą i postępują po pogańsku. Przejęli poglądy, postawy,
wzorce etyczne, wartości i styl życia ludzi kierujących się duchem tylko tego
świata. Odrzucają patrzenie na świat i na ludzki los sub specie aeternitatis.
Czynią to wbrew słowom św. Pawła: "Nie bierzcie wzoru z tego świata" (Rz 12, 2),
oraz św. Piotra: "Nie stosujcie się do waszych żądz" (1 P 1, 14). Kwestionują
podstawowe prawdy wiary. Doprowadzili samych siebie do osłabienia poczucia
godności osoby ludzkiej, do zaniku poczucia grzechu. Ich życie przenika
konsumpcjonizm i erotyzm, prymat "mieć" nad "być". Godzą się na rozpad rodziny,
na aborcję, eutanazję i doświadczenia na ludzkich embrionach. Odrzucają
kościelną naukę o pożyciu seksualnym, wierności małżeńskiej itd.[3]
Czy tacy ludzie należą jeszcze rzeczywiście do Kościoła?
W konstytucji Soboru Watykańskiego II "Lumen gentium" czytamy następujące słowa:
"Do społeczności Kościoła wcieleni są w pełni ci, co mając Ducha Chrystusowego,
w całości przyjmują przepisy Kościoła i wszystkie ustanowione w nim środki
zbawienia i w jego widzialnym organizmie pozostają w łączności z Chrystusem
rządzącym Kościołem przez papieża i biskupów, w łączności mianowicie polegającej
na więzach wyznania wiary, sakramentów i zwierzchnictwa kościelnego oraz
wspólnoty. Nie dostępuje jednak zbawienia, choćby był wcielony do Kościoła ten,
kto nie trwając w miłości, pozostaje wprawdzie w łonie Kościoła 'ciałem', ale
nie 'sercem'"[4].
Współczesny Kościół musi się więc zmagać nie tylko z pogaństwem zewnętrznym,
lecz także wewnętrznym, istniejącym i rozwijającym się w jego łonie. Dlatego Jan
Paweł II w swoim słynnym wywiadzie udzielonym Messoriemu przypomina o tym, że
"Kościół ciągle na nowo podejmuje zmaganie z duchem tego świata, co nie jest
niczym innym jak zmaganiem się o duszę tego świata. Jeśli bowiem z jednej strony
jest w nim obecna Ewangelia i ewangelizacja, to z drugiej strony jest w nim
także obecna potężna antyewangelizacja, która ma też swoje środki i swoje
programy i z całą determinacją przeciwstawia się Ewangelii i ewangelizacji"[5].
Jest u części współczesnych katolickich teologów i publicystów, nawiasem mówiąc
akceptowanych, a nawet wysoko cenionych przez liberalne media - jako otwartych
na współczesny świat intelektualistów - wyraźna tendencja do eliminowania z
przedstawianego obrazu współczesnego świata, wiary i Kościoła zjawisk
zatrważających czy niepokojących. Ci, którzy ważą się o nich mówić, krytykowani
są od razu jako fundamentaliści i nietolerancyjni defetyści, czarno widzący
świat i wprowadzający do społecznej świadomości rozterkę i niepotrzebny
niepokój. Wzywa się ich do pozytywnych tylko wypowiedzi o moralnej i religijnej
kondycji współczesnego świata. Zgodnie zresztą z zasadami postmodernistycznej
"poprawności politycznej", która głosi obowiązek akceptowania wszelkich poglądów
i wszelkich anomalii moralnych, a jednocześnie wzywa - zgodnie z zasadami
ateistycznego liberalizmu - do odrzucenia Boga i chrześcijańskiej moralności.
Jak inaczej bowiem można wytłumaczyć przygotowywanie przyszłej konstytucji
zjednoczonej Europy bez żadnego odniesienia do Boga i do chrześcijaństwa, które
zbudowało przecież kulturę europejską? Jak inaczej można zrozumieć ostatnie
wezwanie, skierowane przez Radę Europy do katolickich krajów, w tym zwłaszcza do
Polski i Irlandii, by zaakceptowały prawo do mordowania nienarodzonych dzieci na
życzenie?
Odrzucanie ostrzeżeń przed złem, a zwłaszcza odrzucanie krytyki czyniących
nieprawość, nie jest czymś nowym. Tak działo się zawsze. Mutatis mutandis
wystarczy w tym miejscu przywołać los starotestamentalnych proroków, których
nieporównanie okrutniej traktowano za to, że ośmielali się ostrzegać Izraelitów
przed grzechem i pogaństwem. Nie można jednak chować głowy w piasek. Aby podjąć
trud odnowy religijnej i moralnej współczesnych społeczeństw, należy sobie
uświadomić istniejące zło i wskazać na jego korzenie. Ignorowanie negatywnych
faktów, bagatelizowanie ich lub zaprzeczanie im nie zapobiegnie destrukcji.
Przeciwnie, przyspieszy ją tylko i wzmocni.
Nie chodzi oczywiście o to, by w otaczającym nas świecie dostrzegać tylko zło,
by ludzi pozbawiać otuchy i nadziei. Dobra w otaczającym nas świecie jest z
pewnością więcej niż zła. Gdyby było inaczej, ten świat przestałby już istnieć.
Jest tymczasem na tym świecie dużo bezinteresownej dobroci i życzliwości. Jak
mówi Ojciec Święty w swojej adhortacji "Pastores dabo vobis", dobro jest we
współczesnym świecie silniejsze niż niegdyś pragnienie sprawiedliwości i pokoju
dla wszystkich. Jest większa wrażliwość współczesnego człowieka na nieszczęścia,
które dotykają bliźnich, często zupełnie obcych i nieznanych. Jest coraz żywsza
i coraz powszechniejsza troska współczesnego człowieka o dzieło stworzenia, o
przyrodę. Jest usilne poszukiwanie sposobów ochrony godności człowieka i jego
niezbywalnych praw. Widać większą niż w minionych dziesiątkach lat tęsknotę za
Bogiem. Stawiane są także coraz częściej pytania z dziedziny etyki, dotyczące
sensu i granic badań naukowych prowadzonych przez współczesnych uczonych,
pozostających niestety w swojej większości pod wpływem pozytywistycznie
uprawianej - tj. bez żadnych odniesień do Boga, religii i etyki - współczesnej
nauki.
Mając to na uwadze, nie wolno jednak zapominać o tym, że świat nasz ogarnia
coraz większa, dusząca chrześcijaństwo chmura neopogaństwa wyrażającego się w
takich zjawiskach, jak: nieliczący się z dobrem wspólnym egoistyczny
hiperindywidualizm, nawołujące ludzi do życia wyłącznie według reguły
przyjemności hedonizm i konsumpcjonizm, sekularyzm, relatywizm moralny, skrajny
racjonalizm - połączony paradoksalnie ze współczesnym rozkwitem sekt,
irracjonalizmu i magii; następnie praktyczny i egzystencjalny ateizm, zjawisko
coraz szybszego procesu dechrystianizacji chrześcijańskich niegdyś społeczeństw,
rozpad rodziny i instytucji małżeństwa, anarchia seksualna, wielka ignorancja
religijna katolików, źle rozumiany przez nich pluralizm teologiczny - stawiający
znak równania między Kościołem katolickim i najbardziej irracjonalnymi,
wymyślonymi przez chore umysły sektami; wybiórcza, spowodowana nadmierną
subiektywizacją wiary postawa wielu katolików w odniesieniu do istotnych prawd
wiary i zasad moralnych; a w końcu częściowa i - jak to Ojciec Święty nazywa -
"warunkowa" przynależność wielu katolików do Kościoła, która polega na
przebieraniu przez nich w prawdach wiary i przykazaniach moralnych i na
odrzucaniu wszystkiego tego, co wiąże się z ofiarą i samoopanowaniem.
Nie da się zaprzeczyć, że ogólnie rzecz biorąc, nasza cywilizacja ustawia się
niestety w swoim rozwoju coraz bardziej przeciw Bogu, przeciw godności człowieka
jako obrazu Bożego i przeciw przyrodzie jako Bożemu dziełu. Boże przykazania nie
stanowią już dla niej ani fundamentu, ani też jakiegokolwiek odniesienia.
Dla rozgłosu, z chciwości, z nienawiści do Kościoła, areopagi te
rozpowszechniają zło, banalizują je i relatywizują. Na porządku dziennym w
krajach wyrosłych z chrześcijańskiej kultury napotykamy na bluźnierstwa,
wyszydzanie wiary i moralności chrześcijańskiej, zachęcanie do przemocy i
rozpusty oraz rozpowszechnianie pojęcia wolności pojętej jako anarchia moralna,
tj. wolności od wszystkiego i do wszystkiego, jako wolności do popełniania
wszelkich, wołających wprost o pomstę do nieba grzechów. Tak pojęta wolność, a
obok niej obowiązkowa tolerancja wobec łamania wszystkich przykazań oraz
przyjemność - jako jedyna zasada postępowania - stały się fundamentalnymi
"wartościami", na których buduje się życie jednostek i społeczeństw w krajach
kierowanych przez liberalny ateizm.
Promowane przez wspomniane wyżej areopagi pseudowartości czy też antywartości
przenikają szeroką falą do życia wielu katolików, do życia Kościoła, wywołując w
nim przedstawione już wyżej zjawiska kryzysowe, które przekładają się na
zatrważające czyny ludzi, którzy nie rozróżniają dobra od zła, którzy uwierzyli,
że mogą robić, co im się podoba. Szeroka fala przestępczości, zbrodnie
popełniane przez młodych ludzi, okrutnych, bezwzględnych i bez sumienia, o czym
donoszą codziennie media, to także w dużej mierze skutki ateistycznego
liberalnego światopoglądu, odrzucającego chrześcijańskie wartości i zabijającego
przy pomocy swoich wszechobecnych medialnych instrumentów sumienie, poczucie
grzechu oraz świadomość odpowiedzialności każdego człowieka przed Bogiem.
Telewizja i inne media, przepełnione erotyką i przemocą wraz z wszechobecną
reklamą, głoszą bez żadnej samokontroli kult przyjemności, posiadania i
nieskrępowanego niczym folgowania najdzikszym nawet instynktom. Pełne są wezwań
do tak zwanej samorealizacji - formułowanych przez pseudopedagogów i
pozbawionych zasad etycznych publicystów - oraz wszelkiej maści idolów.
Samorealizacji dokonywanej bynajmniej nie przez pracę, kształcenie charakteru,
ofiarę i konieczne wyrzeczenie, lecz przez życie zgodne z jedną tylko zasadą, a
mianowicie zasadą przyjemności, która zastąpiła wszelkie wartości moralne, m.in.
umiejętność rezygnacji i cnotę samoopanowania. Zasada przyjemności podpowiada
młodemu człowiekowi, że wszystko, co mu się podoba, co potęguje jego pragnienie
rozkoszy, to wszystko mu się należy, choćby z największą krzywdą dla innych. -
Potrzebuję pieniędzy, więc mam prawo rozstrzelać trzy niewinne kobiety i kolegę
ochroniarza - rozumowali bandyci, którzy dokonali napadu w Kredyt Banku w
Warszawie. Wymienione wyżej pseudoautorytety wmawiają więc w ludzi, zwłaszcza
młodych i nieukształtowanych moralnie, że wolno im wszystko, że mają prawo do
pieniędzy, strojów, samochodów - bez pracy i żadnego wysiłku z ich strony; że
nikt ani nic nie może im w zdobywaniu tego, co chcą, stawiać jakichkolwiek
przeszkód. Jeśli jednak postawi, jeśli będzie przeszkadzał w zanarchizowanym
moralnie życiu - to należy go fizycznie zlikwidować, chociażby to był
sześcioletni braciszek, który przeszkadzał swojej osiemnastoletniej siostrze w
prowadzeniu nieskrępowanego erotycznego życia, jak to ostatnio miało miejsce w
Poznaniu. Tego rodzaju przykładów zdziczenia moralnego, wskazujących na groźną
dla losu współczesnych społeczeństw i ciągle postępującą degradację etyczną,
jest wiele. Każdy dzień przynosi nowe. I nie chodzi tu tylko o degradację
etyczną przeciętnych ludzi. Degradacja ta, której wpływu na całe społeczeństwa
niepodobna przecenić, dotyka najwyższe elity współczesnych krajów: prezydentów,
ministrów, decydujący o gospodarce światowej świat biznesu, a nawet ludzi nauki.
Bywa, że nawet ludzie z elit politycznych, gospodarczych, artystycznych, a nawet
naukowych - kłamią, oszukują, dokonują olbrzymich malwersacji, popełniają
plagiaty, fałszują badania naukowe i wyniki kontrolne. Gotowi są na wszystko, by
się szybko wzbogacić, uzyskać rozgłos i dojść do władzy. Niemal codziennie media
donoszą o olbrzymich aferach i oszustwach, które wstrząsają opinią publiczną.
Takie są skutki odejścia od fundamentalnych zasad chrześcijańskich. Uczciwi,
zatroskani o los swoich społeczeństw ludzie zaczynają bić na alarm. Napotykają
jednak olbrzymie trudności, aby przekonać do zmiany mentalności liberalne,
zateizowane areopagi, tworzące bezbożne prawa i rozpowszechniające
hedonistyczny, konsumpcyjny światopogląd, jako jedynie obowiązujący w
społeczeństwach nastawionych tylko na zysk, przyjemność i zabawę.
W tym świecie znajduje się Kościół. Jak mówi soborowa konstytucja "Gaudium et
spes", kroczy on wspólną drogą z całą ludzkością i wraz z nią przeżywa swój
doczesny los. Jego zadaniem jest przeciwstawić się bezbożnemu duchowi czasu. Nie
wolno mu dopuścić do tego, aby "ewangeliczna sól zwietrzała". Nie wolno mu iść
na zgniłe kompromisy z siłami głoszącymi i realizującymi neopogaństwo. Ciągle
musi być znakiem sprzeciwu wobec nich. Aby znaleźć drogi wyjścia z trudnej
ideowo sytuacji, w jakiej Kościół znajduje się w wielu - zwłaszcza zachodnich -
społeczeństwach, która to sytuacja zagraża zresztą także coraz bardziej
polskiemu społeczeństwu i polskiemu Kościołowi, należy, oprócz jasnego
przedstawienia wszelkich trudności, na jakie napotykają dziś wiara i moralność
chrześcijańska, oraz oprócz wskazania na złowieszcze procesy neopogaństwa i
dechrystianizacji - spróbować odkryć ich przyczyny: zwłaszcza przyczyny
ideologiczne i filozoficzne.
Najpierw jest idea, zrodzona w umyśle filozofa, przywódcy religijnego czy
społecznego, uczonego, polityka, ekonomisty czy kogokolwiek innego. Potem
obrasta ona w szatę słów - wypowiedzianych lub napisanych. I rozpoczyna własny,
bywa, że już całkowicie niekontrolowany przez jej twórcę, żywot, stając się
pomysłem do podjęcia działań na różnych płaszczyznach, działań dobrych moralnie
lub złych.
Nie ma większej siły nad ideę, jeśli trafi na swój, odpowiedni dla siebie czas i
kiedy pójdą za nią setki, tysiące czy nawet miliony ludzi. Idee zmieniają świat
- ku dobremu, ale także ku złemu. Mogą nieść dobro, piękno, prawdę i szczęście,
ale mogą także powodować wojny, zbrodnie, zniewolenie, prześladowania i śmierć
milionów niewinnych ludzi. Wystarczy wspomnieć na krwawy miniony wiek, w którym
obłędne bezbożne ideologie - faszyzmu i komunizmu - zrodzone z materializmu i
heglowskiego ateizmu, doprowadziły do śmierci około 190 milionów ludzi na całym
świecie.
To dlatego tak wielka odpowiedzialność spoczywa na twórcach i intelektualistach,
na wymienianych przez Ojca Świętego "areopagach".
Religia i wiara religijna były atakowane już w starożytności. Ich poważną
krytykę przeprowadzali głoszący materialistyczną wizję rzeczywistości i
człowieka sofiści, którym przeciwstawiali się Sokrates i Platon. W czasach
rzymskich, w I w. przed Chr., z podobną krytyką religii, jako nieracjonalnej i
zniewalającej człowieka siły, wystąpił epikurejczyk i materialista Lukrecjusz.
Od tamtego czasu aż do okresu francuskiego oświecenia, a więc do XVIII wieku,
kwestionowanie światopoglądu religijnego i atakowanie wiary chrześcijańskiej
zdarzało się tylko sporadycznie. Człowiek niewierzący w Boga traktowany był w
tych czasach jako ktoś upośledzony intelektualnie, ślepy na wyraźne ślady Bożej
obecności w świecie.
Filozofia, która zapanowała w XVIII w., zwłaszcza niechrześcijańska filozofia
francuska, stanowi nową jakość.
Przede wszystkim, dlatego że chciała realizować wyłącznie cele praktyczne.
Filozofowie oświeceniowi, zafascynowani rozwijającą się od niedawna, ponieważ
dopiero od XV wieku, nowożytną nauką, która odrzuciła arystotelesowski model
wiedzy i zaczęła matematycznie wyjaśniać rzeczywistość, postawili sobie w swojej
filozoficznej refleksji nie cele teoretyczne - poznawać, aby wiedzieć, lecz cele
praktyczne - poznawać, aby zmieniać ludzkie myślenie i ludzkie życie. Według
tych filozofów, filozofia powinna służyć oświeceniu umysłów i uwolnieniu ich z
przesądów i ciemnoty, którymi - ich zdaniem - były przede wszystkim wiara w
rzeczy nadprzyrodzone i uznawanie istnienia transcendentnego, osobowego,
objawiającego ludziom swoją wolę Boga. Według niechrześcijńskiej oświeceniowej
filozofii, światły człowiek to człowiek uznający za prawdę tylko to, co sprawdzi
własnymi zmysłami i własnym rozumem; człowiek odrzucający przy tym istnienie
Opatrzności i Boże Objawienie. Filozofię swoją francuscy filozofowie
oświeceniowi nazwali filozofią wolnomyślicieli. Jak wspomniano wyżej, za swego
głównego wroga, przeciwko któremu kierowali ostrze swojej krytyki i nienawiści,
uważali religię, zwłaszcza religię katolicką. Wtedy przede wszystkim ukuto
(korzystając tu zresztą z zarzutów przeciw religii zawartych już w "De rerum
natura" Lukrecjusza) najważniejsze zarzuty przeciw Kościołowi katolickiemu,
określając go jako ostoję ciemnoty i zacofania, ciemnogród, wroga ludzkości
petryfikującego zniewalający człowieka feudalizm, przeszkodę na drodze człowieka
do postępu oraz jako siewcę zabobonów. Przez dwa następne wieki wszelkiego
rodzaju nieprzyjaciele Kościoła z upodobaniem używali tych epitetów. Do dziś
czynią to rynsztokowe nihilistyczne brukowce i ich gorliwi czytelnicy. Argumenty
te pojawiają się nawet w polemikach parlamentarnych, zwłaszcza wtedy, kiedy
określeni parlamentarzyści domagają się tzw. aborcji na życzenie, przedstawianej
przez nich jako przejaw nowoczesności i postępu, a przeciwstawiający się jej
Kościół określają mianem siejącego ciemnotę i zniewolenie przeżytku feudalnego.
Niechrześcijańska filozofia oświeceniowa nie była oczywiście jednorodna. Wśród
jej przedstawicieli znajdowali się zdecydowani ateiści i materialiści, lecz
także deiści, którzy uznawali istnienie Boga, ale nie Opatrzności.
Najogólniejsze hasła oświecenia brzmiały: rozum - pojmowany jako skierowany
przeciw Bożemu Objawieniu, sam będący najwyższą instancją prawdy; przyroda -
rozumiana jako jedyna realnie istniejąca postać rzeczywistości, co wykluczało
istnienie rzeczywistości nadnaturalnej, oraz ludzkość - ujmowana jako najwyższy
cel etyczny i rzeczywistość całkowicie zastępująca moralność zakorzenioną w
objawionej religii.
Poprzez swoją krytykę, skierowaną przeciwko religii, Kościołowi katolickiemu i
zastanym strukturom społecznym oraz politycznym, niechrześcijańska filozofia
oświecenia francuskiego odegrała ważną rolę w wywołaniu rewolucji francuskiej.
Stała się ideologią tej rewolucji, która pod znanymi hasłami: wolność, równość i
braterstwo, dokonała epokowego przewrotu w życiu politycznym, społecznym, a
także ideowym Europejczyków. W miejsce absolutnej suwerenności państwa weszły -
przynajmniej teoretycznie - powszechne prawa obywateli kraju, pozwalające im na
samostanowienie. Suwerenne panowanie nadnarodem przekształciło się w panowanie
narodu, który sam wybiera swój rząd, kontroluje go i odwołuje.
Zgodnie z filozofią oświeceniową, rewolucjoniści zaciekle atakowali Kościół
katolicki jako ostoję starego ładu. Głosili nową, rewolucyjną, odrzucającą Boga
moralność, której fundamentem miał być kult ludzkiego rozumu. Wykrzykiwali na
ulicach zrewolucjonizowanego Paryża hasła domagające się zagłady wszystkiego, co
przypominało stary porządek. Wołali: precz z królem, precz ze szlachtą, precz z
Kościołem, precz z klerem, precz z urzędami i urzędnikami itd. To nie były
niewinne, niewywołujące praktycznych skutków okrzyki. W imię tych haseł
wymordowano wówczas we Francji ponad milion ludzi, we krwi utopiono wierną
Kościołowi Wandeę. Zamordowano we Francji ponad milion ludzi wówczas, gdy cała
ludzkość liczyła około 500 milionów. Bezbożna ideologia, która odrzuciła Boga,
wydała swoje krwawe owoce. Rewolucja francuska była pierwszą z następnych
bezbożnych rewolucji, które co i raz wstrząsały światem. Po niej przyszła
rewolucja bolszewicka, meksykańska, hiszpańska, chińska, kambodżańska i inne.
Wszystkie one dokonywały się pod hasłami ateistycznej filozofii oświeceniowej i
mordowały w ich imię miliony niewinnych ludzi.
Antychrześcijańska filozofia oświeceniowa wpłynęła znacząco - bezpośrednio lub
pośrednio - na powstanie w XIX wieku szeregu innych antychrześcijańskich prądów
filozoficznych i nurtów umysłowych, które głosiły amputowaną z wymiaru
nadprzyrodzonego wizję rzeczywistości i materialistyczną antropologię,
sprowadzając wszelki byt do materii, a w człowieku widząc tylko jedno ze
zwierząt. Należały do nich różne rodzaje materializmu, idealizm heglowski,
pozytywizm, scjentyzm, darwinizm, marksizm, filozofia życia Nietzschego,
freudyzm i inne.
Ludzkość otrzymała szereg propozycji wyjaśnienia rzeczywistości oraz fenomenu
człowieka. Wykształcony człowiek XIX i XX wieku, który pod wpływem filozofii
oświeceniowej odrzucił religię, miał z jednej strony już stosunkowo dużą wiedzę
o sobie samym, umożliwioną mu przez dynamiczny rozwój różnych nauk, takich
zwłaszcza jak: medycyna, biologia, historia, socjologia, paleontologia,
psychologia eksperymentalna i inne. Z drugiej strony, człowiek ten niewiele
wiedział o swojej istocie, o tym, skąd przyszedł, po co istnieje, dlaczego
cierpi i kim tak naprawdę jest. Brakowało mu ciągle wizji samego siebie, która
wskazywałaby jasno i wyraźnie to, co w jego życiu ma znaczenie zasadnicze,
centralne, a co jest w nim nieistotne i peryferyjne.
Brakowało mu jednoznacznej wskazówki, która wytyczałaby mu cel życia i środki do
jego realizacji.
Zwrócił się więc o pomoc w rozstrzygnięciu tej fundamentalnej kwestii do
różnych, zrodzonych w XIX i XX wieku, a wymienionych wyżej filozofii, które
podejmowały próbę odpowiedzi na nurtujące go pytanie - kim naprawdę jest i co
jest w nim istotne.
Odpowiedź ta zadecyduje bowiem o tym, czy będzie to cywilizacja życia, czy też
cywilizacja śmierci.
Jak powiada ks. kardynał Meisner, po najróżniejszych dyskusjach prowadzonych
przez filozofów w minionych dwóch wiekach skończyła się epoka światopoglądów, a
zaczęła się epoka debat na temat istoty człowieczeństwa, epoka antropologii w
ścisłym tego słowa znaczeniu.
Trudno ks. kardynałowi Meisnerowi odmówić racji. To od rodzaju antropologii, od
odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek - zależy rodzaj humanizmu, jaki się
rozwinie, a przez to los rodzaju ludzkiego.
Jednej z prób odpowiedzi na pytanie, kim jest człowiek, dokonał występujący w
różnych postaciach materializm, odpowiedzialny w dużej mierze za totalitarny,
praktycystyczny i ateistyczny sposób myślenia wielu współczesnych ludzi.
Materializm orzekł, że człowiek jest tylko wyżej niż inne byty zorganizowaną
materią, efektem jej ewolucyjnego rozwoju i niczym więcej.
Na antypodach w stosunku do materialistycznej koncepcji człowieka stanął równie
bezbożny jak materializm heglowski idealizm, z którego zrodził się zresztą
zarówno Marks, jak i Nietzsche - ideowi ojcowie dwóch wielkich
dwudziestowiecznych totalitaryzmów. W przeciwieństwie do materializmu idealizm
heglowski głosił, że tym, co pierwotne i co realne w całej rzeczywistości, nie
jest materia, lecz nieosobowy duch; jest to, co absolutne. Ów duch rozwija się w
procesie samorealizacji w materię i dochodzi w końcu do uświadomienia sobie
siebie samego w człowieku, który jest więc w swojej najgłębszej istocie
samorozwojem ducha, a nie stworzeniem osobowego, transcendentnego wobec
stworzonego przez siebie świata, Boga.
Z doświadczeń dynamicznie rozwijających się społeczeństw czasów nowożytnych
zrodził się tzw. socjologizujący obraz człowieka, który wyraża pogląd, że
jednostka ludzka sama w sobie jest niczym, i że jest jedynie czymś, co wyrasta z
całości. "Ty jesteś niczym. To społeczeństwo jest wszystkim", mówią do każdego z
nas zwolennicy tej koncepcji.
Tak pojętemu socjologizmowi z kolei przeciwstawia się skrajny indywidualizm,
który stwierdza, że w rzeczywistości to nie społeczeństwo, lecz tylko jednostka,
tylko indywiduum, jest wartością, gdyż to, co właściwe, zawsze ginie w wielości.
Jeszcze inaczej widzi człowieka determinizm, według którego wszystko podlega
nieosobowemu, bezwzględnemu przymusowi. Wszystko w życiu ludzkim dzieje się tak,
jak się musi dziać. I nikt ani nic nie potrafi nas wyzwolić z żelaznej obręczy
naszego losu. Ludzka wolność to tylko uświadomienie sobie konieczności, której
podlegamy.
W przeciwieństwie do determinizmu, niezależność ludzkiej jednostki akcentuje
egzystencjalizm, postrzegający człowieka jako istotę całkowicie, wręcz
rozpaczliwie wolną, a jednocześnie - i wskutek tej absolutnej wolności -
pozbawioną jakiegokolwiek oparcia i straszliwie samotną. Zdaniem przedstawicieli
ateistycznej odmiany egzystencjalizmu, nie istnieją żadne reguły - doktrynalne
czy moralne - które określałyby życie człowieka. Jest on podobny do samotnego
atomu miotającego się w próżni, w którą został wrzucony. Sam decyduje o swojej
suwerennej, a jednocześnie rozpaczliwej wolności. Sam sobie nadaje sens, który
już z założenia jest absurdem. "Absurdem jest, że się urodziliśmy i absurdem
jest, że pomrzemy", mówią egzystencjaliści.
Poza wymienionymi wyżej próbami określenia, czym jest człowiek, istnieją jeszcze
inne, często różniące się zasadniczo antropologiczne ujęcia i próby określenia
istoty człowieczeństwa. Tak więc freudyzm istotę człowieka widzi w popędzie
seksualnym. Procesualizm stwierdza, że nie jest w ogóle możliwe ustalenie, kim
jest człowiek, ponieważ stanowi on rzeczywistość podlegającą procesowi
ustawicznego, niekończącego się stawania się, ponieważ jest wypadkową i
rezultatem ustawicznych, niedających się przewidzieć ani określić, spotkań i
zderzeń ze światem, kulturą, historią, z niezliczoną ilością ludzi i ich
poglądów, a także z wyzwaniami i zadaniami, jakie niesie czas, w którym przyszło
mu żyć.
Wszystkie powyższe antropologiczne ujęcia w mniejszym lub większym stopniu
odeszły od chrześcijańskiego obrazu człowieka jako osoby stworzonej przez Boga,
duchowo-materialnej, rozumnej i wolnej, mającej w swej naturze obraz Boży,
upadłej wskutek grzechu, ale odkupionej przez Zbawiciela, będącej dzieckiem
Bożym i chwałą Bożą, znanej Bogu po imieniu, przeznaczonej do tego, aby Boga
znać, kochać i wraz z Nim cieszyć się szczęściem wiekuistym. Chrześcijański
obraz człowieka jako obrazu Bożego, ukształtowany na podstawie Objawienia i w
oparciu o realistyczną filozoficzną antropologię, był przez wieki fundamentem
życia ideowego i moralnego wielu narodów. To ten obraz stoi u podstaw
elementarnych praw człowieka, takich jak: prawo do życia od poczęcia do
naturalnej śmierci, prawo do ochrony ludzkiej godności, do wolnego wyznawania
religii, do wolnego rozwoju osobowości, do małżeństwa i rodziny, do własnych
przekonań, do wolności zrzeszeń i zgromadzeń itd. Te podstawowe prawa pełniły od
wieków funkcję obronną w stosunku do niesprawiedliwych i nadmiernych interwencji
państwa i władzy zewnętrznej w życie indywidualnego człowieka. Cała kultura
euroatlantycka i cała jej historia naznaczone zostały takim właśnie
zakorzenionym głęboko w naturze człowieka jego obrazem i wynikającymi z niego
prawami oraz wartościami. To jeszcze trwa.
Współczesny człowiek żyje jeszcze, chociaż niestety często już powierzchownie,
dziedzictwem chrześcijańskim. I to nie tylko w sferze zewnętrznego obyczaju.
Wszystkie jego moralne pojęcia, wszystkie uzasadniające je wartości, liczne
postawy - zarówno indywidualne, jak i społeczne - nawiązują jeszcze, często już
nieświadomie, do chrystianizmu.
Nietykalność ludzkiej osoby, szacunek dla człowieka i poszanowanie jego praw,
równouprawnienie, szacunek dla słowa, dochowywanie układów i wiele innych
wartości to pozostałości oddziaływania - wprost lub pośrednio - chrześcijaństwa.
Ten wpływ chrześcijaństwa jeszcze trwa, lecz związek wielu ludzi z
chrystianizmem w krajach dawniej chrześcijańskich słabnie. W wielu z tych krajów
chrześcijański model życia nie ma już żadnego oficjalnego znaczenia. Dochodzi do
tego, że autentyczni chrześcijanie, którzy publicznie przyznają się do wiary i
moralności chrześcijańskiej, traktowani są już jako coś obcego, coś, co należy
usunąć z życia publicznego, w najlepszym razie zepchnąć na margines tego życia.
Ich przekonania religijne już się nie liczą - ani w prawodawstwie, ani też w
kształtowaniu życia społecznego, politycznego czy ekonomicznego. Nie są
traktowane poważnie. Często są wyśmiewane i wyszydzane przez współczesne
areopagi. Publicznie przyznających się do swojej wiary chrześcijan toleruje się,
a nawet wspomaga ich działania, ale tylko tam, gdzie spełniają funkcje społeczne
i charytatywne; tam zwłaszcza, gdzie wspomagają lub zastępują państwo, zajmując
się chorymi, upośledzonymi, starcami, patologiami itp.
Odrzuciły Boga i transcendentny wymiar rzeczywistości. Człowieka sprowadziły do
jednego ze zwierząt, z wszystkimi tego praktycznymi konsekwencjami, co widać w
wypadku aborcji, eutanazji, doświadczeń na ludzkich embrionach itd.
Owe dechrystianizujące współczesny świat filozofie to przede wszystkim stworzony
przez tzw. Szkołę Frankfurcką (Adorno, Horkheimer, Pollock), na bazie myśli
Marksa, Gramsciego i Trockiego, neomarksizm, zwany inaczej Nową Lewicą, oraz
rozwijający się od lat sześćdziesiątych XX wieku pod dużym wpływem myśli
neomarksistowskiej postmodernizm.
Filozofie te nie tylko odrzucają chrześcijańską wizję rzeczywistości i
człowieka. One przekreślają dwadzieścia pięć wieków tradycji filozoficznej,
która uznawała pojęcie obiektywnej prawdy i obiektywnego dobra. Są skierowane
przeciwko wszelkim autorytetom. Ustalają apodyktycznie nowy stosunek do prawdy.
Odrzucają metafizykę, a w konsekwencji transcendentny wymiar człowieka.
Tak zwana Nowa Lewica, która ideowo przygotowała studencką rewoltę kulturową -
wybuchłą spektakularnie na Zachodzie w 1968 roku, ale wpływającą przemożnie na
świadomość wielu społeczeństw także dziś - odgrzała stare hasła rewolucji
francuskiej. Sprowadzały się one do jednego głównego manifestu skierowanego do
młodzieży europejskiej i amerykańskiej: "Niszczcie wszystko, co was niszczy".
Znaczyło to ni mniej, ni więcej: "Niszczcie wszystkie struktury społeczne,
polityczne i ekonomiczne obecnego świata.
Niszczcie istniejące instytucje i autorytety. Niszczcie dotychczasową moralność
i dotychczasową etykę".
Ideowi ojcowie owej kulturowej rewolucji dali nowym rewolucjonistom tzw.
antyautorytarną ideologię, która głównego wroga tzw. postępowej młodzieży,
niepozwalającego jej rzekomo na wolność i samorealizację, widziała w takich
zwłaszcza instytucjach, jak: państwo, małżeństwo, rodzina, rząd, parlament,
policja, armia, szkoła, uniwersytet, a w sposób szczególny religia i Kościoły.
Stosownie do tej ideologii rewolucjoniści z lat 60. i następnych odrzucili
chrześcijańską moralność jako moralność dobrą dla obozu koncentracyjnego, a nie
dla wolnego współczesnego człowieka; odrzucili następnie dotychczasowe prawo,
cały porządek społeczny, system szkolny, instytucję małżeństwa i rodzinę. Jako
alternatywę stworzyli - w różnych miastach niemieckich i gdzie indziej - formy
życia w tzw. komunach, z kompletną wspólnotą dóbr, żon,
mężów, dzieci itd. Pod hasłem seksualnej emancypacji propagowali wolną miłość
uprawianą bez żadnej odpowiedzialności. Jeden z ideologów owej "Nowej Lewicy",
słynny Rudi Duschke, rzucił hasło, że należy niezależnie od podjętych w krajach
zachodnich przez lewackich terrorystów spod znaku neomarksizmu (Bader-Meinhoff
Bande, Czerwone Brygady itp.) krwawych prób zniszczenia porządku społecznego,
etycznego i politycznego, podjąć tzw. długi marsz przez instytucje, tzn.
zajmować stopniowo kluczowe dla życia kraju urzędy i stanowiska, aby w ten
przede wszystkim sposób zrealizować program nakreślony przez neomarksistowską
ideologię, aby dokonać rewolucji kulturowej, której celem jest zniszczenie
starego ładu politycznego i społecznego, w tym także, jak wspominano wyżej,
instytucji małżeństwa, rodziny, moralności chrześcijańskiej, religii itd. Pomysł
Rudiego Duschkego udało się niestety w dużym stopniu zrealizować.
Terroryzm lewacki z lat 70. i 80. został wprawdzie zdławiony, ale do władzy w
dawniej chrześcijańskich krajach wybrani zostali demokratycznie neomarksiści,
liberalni ateiści, rozpowszechniający kompletny relatywizm moralny i
konsumpcjonizm postmoderniści itp. Mogą teraz spokojnie, przy pomocy opanowanych
przez siebie parlamentów, zajętych instytucji, urzędów, szkół, uniwersytetów i
mediów, a przede wszystkim wydawanego prawa, realizować demontaż
chrześcijaństwa. Ustanawiane przez nich konstytucje, prawa, karty i manifesty
nie odwołują się już ani do Boga, ani do Dekalogu, ani do żadnych, niezależnych
od woli demokratycznej większości, zasad moralnych. Sankcjonują bez przeszkód
aborcję, eutanazję, tzw. małżeństwa homoseksualne, osłabiają instytucję rodziny
na korzyść wolnych związków, lansują materialistyczną wizję rzeczywistości, a
realizowaną przez siebie antychrześcijańską, łamiącą prawo
Boże i prawo naturalne rewolucję kulturalną starają się usilnie przenieść - tak
jak to czynili niesławnej pamięci ideologowie komunistyczni - do innych krajów,
w tym zwłaszcza do tych, w których chrześcijaństwo, chociaż osłabione, jest
nadal żywe. Tak przecież należy zrozumieć wspomniane wcześniej wezwanie Rady
Wspólnoty Europejskiej w sprawie uchwalenia w Polsce i Irlandii prawa do
nieskrępowanej aborcji. Na razie są to apele i monity, które z wielkim zapałem
podchwytują np. polskie aborcjonistki. Należy się jednak być może wkrótce
spodziewać gróźb i jednoznacznych inwektyw pod adresem Kościoła jako
"ciemnogrodu" i "dławiciela wolności", a może i szantaży - politycznych i
ekonomicznych.
Stała się ona sposobem myślenia wielu współczesnych intelektualistów, wielu
środowisk uniwersyteckich i wielu ludzi mediów, przez co jej oddziaływanie na
świadomość milionów osób jest bardzo poważne.
Postmodernizm głosi całkowity relatywizm poznawczy i moralny, neguje bowiem
zarówno istnienie obiektywnej prawdy, jak i obiektywnego dobra; promuje skrajny
egoistyczny indywidualizm, nieliczący się z dobrem wspólnym, praktyczny
materializm, konsumpcyjny utylitaryzm, kosmopolityzm, hedonizm itd. W myśl
ideologii postmodernizmu każdy może czynić, co chce, i zaniedbywać to, czego nie
chce, ponieważ wszystko jest tyle samo warte, ponieważ nie istnieją żadne
jednoznaczne zasady czy kryteria - ani poznawcze, ani moralne, ani żadne inne.
Nadszedł czas niekrępowanej niczym, poza wydawanym demokratycznie przez
liberalną większość parlamentarną prawem, swobody moralnej. Nikt nie ma prawa
wzywać kogokolwiek do szacunku wobec prawdy, dobra itp., ponieważ nie ma
obiektywnej prawdy i obiektywnego dobra. Domaganie się od innych uznania czegoś
za prawdę - powiadają postmoderniści - jest zwyczajną represją wobec tych,
którzy tego poglądu nie uznają za prawdziwy. Prawda, według ideologii
postmodernizmu, jest systemem władzy, a nie poznawaniem rzeczywistości, ponieważ
rzeczywistości i tak nie da się poznać.
Negując możliwość poznania prawdy obiektywnej, postmodernizm przekreśla dwa i
pół tysiąca lat istnienia i rozwoju filozofii oraz nauki, pretendujących do
poznania prawdy. Odpowiadając na tak bardzo dziś istotne pytanie "Kim jest
człowiek?", postmodernizm propaguje model kosmopolity, obywatela świata, bez
ojczyzny, bez domu, bez stałych wartości, bez pracy nad charakterem, a także bez
jakichkolwiek ideałów, stałych wartości, poczucia tożsamości i bez wychowania,
ponieważ każde wychowanie ogranicza i wypacza, jak mówił jeden z prekursorów tej
ideologii - Jan Jakub Rousseau. Postmodernizm nie stara się, generalnie biorąc,
nawet odpowiedzieć na pytanie, kim w swojej istocie jest człowiek. Doradza mu
tylko, jak powinien żyć, aby przeżyć życie jak najprzyjemniej, doznając jak
najmocniejszych wrażeń. Winien więc przede wszystkim nastawić się na zabawę, żyć
według jedynej słusznej zasady, tj. zasady przyjemności, korzystając z każdej
nadarzającej się ku temu okazji.
Postmodernizm to przykład buntu przeciw prawdzie, przeciw autorytetowi rozumu,
który stworzył zachodnią cywilizację, oraz przeciw wszelkiej etyce kodeksowej,
domagającej się stosowania w życiu stałych zasad. Proponowana przez tę
orientację rezygnacja z prawdy i rozumu prowadzi do irracjonalizmu, samowoli
moralnej, a w konsekwencji do nowoczesnego, gorszego niż dawne, barbarzyństwa,
które zresztą przetacza się już przez nasze współczesne życie. Ideologia
postmodernizmu prowadzi przy tym do całkowitej atomizacji ludzi pozbawionych
oparcia w stałych wartościach; ludzi wykorzenionych z tradycji, religii i
kultury; ludzi, których w wielu konsumpcyjnych zachodnich społeczeństwach już
nic ze sobą nie łączy - poza walką o pieniądze i utrzymanie dobrobytu.
Jednak nawet przekonany wyznawca postmodernizmu, jeśli tylko stać go na
refleksję, nie potrafi zrelatywizować pewnych faktów. Nie potrafi wykluczyć
zagrożeń, które czyhają na jego życie i zdrowie. Nie potrafi zapomnieć, że z
każdym dniem zbliża się nieuchronnie do śmierci. Nie potrafi odrzucić pytania,
jaki jest sens jego życia i cierpienia, które musi znosić on bądź inni ludzie
wokół niego, itd.
Dlatego nawet taki postmodernista, który za swoją przyjął nietzscheńską teorię
śmierci Boga osobowego, odczuwa potrzebę przezwyciężenia lęku przed
unicestwieniem oraz tęsknotę za jakąś religią. Szuka więc religii dla siebie
stosownej. Religii wygodnej, odpowiadającej duchowi konsumpcjonizmu, tzn. takiej
religii, która dawałaby mu komfort poczucia bezpieczeństwa w zaświatach, która
pełniłaby funkcję terapeutyczną, podejmowałaby wszechstronną działalność
charytatywną oraz dawałaby określone przeżycia uczuciowe.
Szuka więc religii, która niczego nie wymaga, która nie stawia żadnych
zobowiązań doktrynalnych czy moralnych, która nie mówi o jakichkolwiek
przykazaniach, o odpowiedzialności przed nadprzyrodzonym sądem; religii bez
żadnych religijnych instytucji, prawd objawionych i autorytetów.
Popyt rodzi podaż. Nie dziwmy się więc, że w ostatnich dziesiątkach lat
odnotowujemy niezwykle dynamiczny rozwój religijnych czy też pseudoreligijnych
kultów, w których nie ma żadnych wymagań i w których wszystko jest dozwolone.
Przy okazji rozwijają się różne kulty zbrodnicze, satanistyczne i inne,
niszczące osobowość zwabionych wyznawców, zmuszające ich do niewiarygodnych
praktyk, a nawet do samobójstw.
Jest to zrozumiałe. Tam, gdzie zamiera prawdziwa religia, natychmiast pojawiają
się ciemne, irracjonalne kulty, niemające oparcia w niczym poza imaginacją, a
często zimną kalkulacją sprytnych, samozwańczych mesjaszów. Współcześnie
pojawiające się w poganiejących społeczeństwach kulty ujawniają olbrzymi zamęt
moralny i intelektualny naszych czasów. Stanowią one najczęściej coś w rodzaju
gigantycznej rupieciarni, poskładanej z odłamków dawnych religii, ułożonych pod
gust współczesnych ludzi, którzy po odejściu od prawdziwej religii rozpaczliwie
poszukują jej namiastki. Gdy człowiek przestaje wierzyć w prawdziwego Boga,
wówczas zaczyna wierzyć w byle co. Wówczas zostaje wydany na pastwę tego, co
chaotyczne, absurdalne, irracjonalne, a nawet zbrodnicze; na pastwę tego, co
jest karykaturą Boga, a więc na pastwę samego szatana.
Poza prowadzącymi do ateizacji i dechrystianizacji współczesnych społeczeństw
ideologiami i filozofiami, oddziaływującymi zwłaszcza przy pomocy mediów, ale
także uniwersytetów, szkół i innych instytucji, zrelatywizowanie objawionego
przez Boga chrześcijańskiego obrazu świata i człowieka jest w pewnej mierze
także wynikiem ideologicznie interpretowanego rozwoju nowożytnej nauki i
technologii.
W dawnych wiekach naukowy i technologiczny postęp przebiegał bardzo wolno,
wprost niepostrzegalnie.
Dlatego świat jawił się ludziom jako niezmienny i statyczny. Wszystko miało w
nim swoje określone miejsce, w tym także Kościół, chrześcijańska wiara i
moralność. Znakiem nowych czasów są dynamiczne, przełomowe zmiany następujące w
nauce, a poprzez nią w życiu ludzkim. Te wszystkie, dokonujące się wprost w
geometrycznym postępie zmiany, wyrzucają z ludzkiej świadomości statyczny obraz
rzeczywistości, ze stałym w niej miejscem dla Kościoła, powodując przekonanie,
że wszystko ulega zmianom, i to nie tylko w sferze cywilizacyjnej czy
kulturowej, lecz także w sferze prawd wiary oraz zasad moralnych. Biblijny obraz
świata i człowieka jako Bożego stworzenia porzucany jest przez miliony dawnych
chrześcijan na rzecz obrazu darwinistycznego, który pokazuje świat i człowieka
wyłącznie jako produkty materii rozwijającej się ewolucyjnie, według prawa
bezwzględnej walki o byt. To, co kilkadziesiąt a nawet kilkanaście lat temu było
nie do pomyślenia, dziś jest faktem.
Tak więc stary świat, w którym religia głosząca niezmienne prawdy i zasady
moralne określała życie indywidualne i społeczne, już zniknął. Nowa cywilizacja,
w której żyjemy, z jednej strony stanowi dla ludzkości wielkie błogosławieństwo,
ułatwiając i przedłużając nam życie, ale z drugiej strony zagraża człowiekowi na
różne sposoby, między innymi przez to, że ugruntowała w jego mentalności
świadomość kompletnego rozdziału między Stwórcą a stworzeniem, że wyeliminowała
z życia ludzkiego boski pierwiastek, że następnie podważyła wartość
chrześcijańskiej wiary i moralności, a przez to zagroziła samemu
człowieczeństwu.
Rozwój nauki i technologii potrzebuje wolności. Kościół to rozumie i akceptuje.
Przez całą swoją historię rozwijał, wspierał i promował naukę. Ale jednocześnie
Kościół wzywa dziś ustami Jana Pawła II ludzi nauki, twórców i filozofów do
tego, aby poszukując prawdy, dobra i piękna, kierowali się obiektywnymi zasadami
etycznymi i prawidłowo ukształtowanym sumieniem; by zrozumieli, że autonomia
nauki kończy się tam, gdzie prawe sumienie uczonego rozpoznaje zło.
Nauka i technologia same w sobie są dobre. To one pomagają człowiekowi rozumnie
i dobrze zarządzać daną mu przez Stwórcę w opiekę przyrodą. Jednak pozbawione
wymiaru moralnego, przekraczającego materię i naturę, niosą ludzkości
rozczarowanie, zniszczenie i degradację. Do tego prowadzą nieliczące się z
zasadami jakiejkolwiek etyki prace nad coraz to nowszymi środkami zagłady oraz
doświadczenia prowadzone na ludzkich embrionach.
W tej zupełnie nowej ideowo sytuacji Kościoły i wspólnoty religijne winny
współczesnemu człowiekowi, tak bardzo zawładniętemu przez sekularyzm i
konsumpcjonizm, wyraźnie uświadamiać to, co czyniły zawsze, a mianowicie, że
należy on nie tylko do świata materii, lecz także do świata ducha, że mieszka w
nim pierwiastek nieskończony i że nic ani nikt na tym świecie nie jest w stanie
dać mu pełnego szczęścia, za którym tęskni jego serce i które znaleźć może tylko
w Bogu.
Człowiekowi współczesnemu należy uświadamiać, że mimo iż świat, nauka, technika,
ideologie i całe życie bez przerwy się zmieniają, to jednak prawo Boże, Dekalog,
Ewangelia, wartości chrześcijańskie są niezmienne, ponadczasowe, odpowiednie dla
wszystkich ludzi z wszystkich czasów i że nigdy nie wolno ich porzucać.
Crux stat, dum volvitur orbis - "Mimo że świat się stale zmienia, Krzyż stoi w
miejscu" - modli się Kościół w swojej liturgii.
Jeśli ludzkość chce się wydobyć ze straszliwego chaosu ideowego i moralnego, w
którym od lat coraz bardziej tonie, musi na nowo stanąć na twardym fundamencie
Bożych przykazań, musi przywrócić biblijny obraz człowieka jako Bożego
stworzenia i obrazu. Ten ład moralny i taki obraz człowieka powinny leżeć u
podstaw wydawanych przez parlamenty praw oraz u podstaw programów wychowawczych,
edukacyjnych, politycznych i społecznych, jeśli mają rodzić dobro, a nie zło.
Religijny, światopoglądowy, narodowościowy, kulturowy pluralizm współczesnych,
dawniej bardzo jednorodnych społeczeństw, jest faktem. Nie powinno się go ani
gloryfikować, ani demonizować. Pluralizm ludzi różniących się przekonaniami,
pochodzeniem, religią itd., a jednak żyjących obok siebie w pokoju i wzajemnym
szacunku, jest konieczny, ale nie jest w stanie spełnić roli czarodziejskiej
formuły, za pomocą której można by rozwiązać wszystkie problemy społeczne, jak
to ciągle głoszą współczesne areopagi.
Pluralizm pojęty jako akceptowanie wszelkich różnic nie jest w stanie wywołać
impulsów, które mogłyby ludzi ze sobą łączyć. Nie ma on w sobie żadnej
integrującej siły. Przeciwnie, im wyraźniej wyakcentowywane są sprzeczne ze sobą
poglądy światopoglądowe i polityczne, tym bardziej rozchodzą się siły społeczne.
Gdyby ustanowiono absolutny pluralizm - każde społeczeństwo rozpadłoby się.
Pokojowe współżycie w społeczeństwie wymaga jakiejś wspólnej zasady, wspólnej
bazy, która byłaby ponad wszelkimi - ideologicznymi i kulturowymi - różnicami.
Taką bazą może być tylko wspólna płaszczyzna wartości etycznych. Przez wieki
stanowiło ją chrześcijaństwo. Obecnie liberalne społeczeństwa całkowicie ją
zakwestionowały. Co proponują w zamian? Na jakiej wspólnej płaszczyźnie chcą
zjednoczyć Europę? Nie wystarczy jednoczenie jej na bazie korzyści
ekonomicznych. Bez bazy zbudowanej z wartości ideowych i duchowych nie da się
tak naprawdę Europy zjednoczyć i rozwinąć. Mówi o tym ciągle w swoim nauczaniu
Ojciec Święty. Społeczeństwo, w którym zatracony zostanie konsens odnośnie do
elementarnych duchowych wartości, zmierza do anarchii, a następnie - wcześniej
czy później - do dyktatury, która nikogo nie pytając o zgodę, siłą narzuci
społeczeństwu swoje, najczęściej okrutne, normy i wartości. Przestrzegają przed
tym mądrzy mężowie stanu. Mówił już o tym dwadzieścia cztery wieki temu Platon.
Kościół w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat stanął świadomie wobec
rzeczywistości, przyjmując do wiadomości współczesny pluralizm i nowoczesną
demokrację. Docenił też proces rozwoju społeczeństw w kierunku współczesnego,
wolnego od totalitaryzmu, demokratycznego i pluralistycznego państwa. W
głoszonej przez siebie nauce od lat mocno akcentuje godność ludzkiej osoby i jej
niezbywalne prawa, do których należy wolność sumienia i wolność religijna. Co
więcej, Kościół jednoznacznie zaakceptował model państwa charakteryzujący się
pluralizmem i neutralnością światopoglądową nowoczesnej demokracji.
Zgodnie z duchem Soboru Watykańskiego II poleca katolikom przyjazną współpracę z
różnymi grupami społecznymi, skupiającymi ludzi o chrześcijańskim i
niechrześcijańskim światopoglądzie, w budowaniu sprawiedliwego, solidarnego w
dobru i pokojowego społeczeństwa. Demokratyczny system ustrojowy Kościół określa
jako moralne zadanie dla każdego człowieka i każdego społeczeństwa.
Mimo tak bardzo otwartej na współczesny świat postawy Kościół katolicki natrafia
w swojej gotowości do współpracy z inaczej wierzącymi lub niewierzącymi na coraz
większe przeszkody. W czasach Soboru Watykańskiego II było w świecie -
chrześcijańskim i niechrześcijańskim - jeszcze coś takiego, co można by określić
powszechną zgodą na najważniejsze zasady moralne. Czterdzieści lat po soborze
nie można liczyć już na ten ogólny konsens w uznaniu fundamentalnych zasad
moralnych. Etos chrześcijański i postawy moralne wielu społeczeństw dryfują w
przeciwne strony. Wystarczy wspomnieć w tym miejscu akceptowane przez te
społeczeństwa aborcję, eutanazję, małżeństwa homoseksualne, doświadczenia na
ludzkich embrionach - by już nie mieć co do tego większych wątpliwości.
Kościół, wychodząc otwarcie do świata, liczył na uczciwy, partnerski dialog z
ludźmi myślącymi inaczej i z pluralistycznym państwem. Liczył na to, że w
pluralistycznym społeczeństwie żyć będą pokojowo obok siebie i współpracować ze
sobą, traktując się z szacunkiem i po partnersku, rozmaite wiary i społeczne
ideologie.
Tymczasem tak się nie stało. Religia chrześcijańska, zwłaszcza katolicka, nie
jest już od dawna traktowana po partnersku i na równi z przekonaniami ateistów,
postmodernistów, neomarksistów i innych liberałów moralnych, w rękach których
jest prawodawstwo, większość mediów i instytucji edukacyjnych. Co więcej, jest
ona bardzo często wyszydzana i zwalczana - wprost lub w sposób zakamuflowany.
Degradują ją w swobodny sposób i bezkarnie różne media, kabarety, a nawet
politycy. Znaki święte dla chrześcijan - takie jak krzyż i święte obrazy - są
bardzo często bluźnierczo poniżane przez różnego rodzaju pseudoartystów, którzy
- najczęściej pozbawieni talentu - na drodze bezczeszczenia kultu Bożego pragną
zyskać rozgłos.
Przeciw religii katolickiej zrobić i powiedzieć można wszystko, podczas gdy taki
atak na judaizm czy islam jest z określonych względów nie do pomyślenia. Pod
płaszczykiem wielokulturowego społeczeństwa niszczy się podstawowe
chrześcijańskie normy moralne, wzorce i ideały. Chrześcijańskie przekonania
spycha się na margines życia jako czysto prywatne, nieobowiązujące społecznie i
bez żadnego znaczenia dla ustanawianego prawa, współkształtującego życie
rodzinne, małżeńskie i - najogólniej biorąc - społeczne; prawa wyznaczającego
przecież w wielkiej mierze model przekonań i zachowań moralnych współczesnego
człowieka.
W pluralistycznym społeczeństwie demokratyczny prawodawca, chcąc ustalić normy i
prawa obowiązujące wszystkich obywateli, musi skoncentrować się na tych
przekonaniach etycznych, które są wspólne wszystkim grupom społecznym, różniącym
się często znacznie swoimi światopoglądami, przekonaniami i postawami moralnymi.
W politycznej i społecznej praktyce usiłowania demokratycznego państwa zdanego
na wolę większości prowadzą do tego, że normą dla ustalanego kodeksu
postępowania i zachowań obywateli staje się minimalizm etyczny. Prawodawcy
wydający prawa w państwach pluralistycznych stwierdzają wprost, że moralne
przekonania i etyczne tradycje będą ulegać permanentnym zmianom, sankcjonowanym
prawnie, stosownie do aktualnych poglądów pluralistycznego społeczeństwa. Dzieje
się to w zgodzie z przyjmowaną dziś powszechnie przez liberalne demokracje
doktryną pozytywizmu prawnego, która odrzuca istnienie ponadczasowych i
powszechnie ważnych, czyli absolutnych, norm moralnych.
Według tej doktryny, nie istnieje żaden moralny ład, który byłby dany
człowiekowi z jego natury, i którym - jako normą ogólną i punktem odniesienia -
winno by się kierować każde państwo w ustanawianiu swego prawa. Na zasadzie
pozytywizmu prawnego działała np. Trzecia Rzesza i całe sądownictwo niemieckie w
czasie hitleryzmu. Efektem tego było wydanie szeregu barbarzyńskich praw, między
innymi okrutne eliminowanie ludzi upośledzonych, a także Cyganów, Żydów i
Słowian. Po wojnie twórcy niemieckiej konstytucji, pragnąc się całkowicie odciąć
od zbrodniczej tradycji, za którą odpowiadał także pozytywizm prawny, odwołali
się w preambule swojej konstytucji do odpowiedzialności przed Bogiem. W obecnym
prawodawstwie niemieckim i w prawodawstwach innych liberalnych demokracji, także
u nas, panuje jednak znów niepodzielnie pozytywizm prawny, który kwestionuje
istnienie powszechnych i obowiązujących wszystkich ludzi norm moralnych.
Czy w tej sytuacji możliwe jest ustalenie wspólnej, trwałej, niezależnej od
zmiennych ludzkich poglądów podstawy życia społecznego? Wydaje się, że nie.
Odrzucenie obiektywnych norm moralnych prowadzi automatycznie do etycznej
dowolności i daje możliwość manipulacji społeczną moralnością. Jeżeli odrzuci
się odpowiedzialność przed Bogiem, to pozostaje tylko odpowiedzialność przed
ludźmi. Rodzi się pytanie: Przed jakimi ludźmi? Jedynie przed ciągle zmieniającą
się większością parlamentarną, która w pewnych warunkach może ustanowić
najbardziej barbarzyńskie prawa, jeśli nie musi się liczyć z ponadludzkimi
normami. Jan Paweł II, przemawiając kilka lat temu w polskim parlamencie, nie
bez powodu mocno podkreślał, że demokracja sama siebie nie uzasadnia, że także
może doprowadzić do swego rodzaju totalitaryzmu i anarchii moralnej, jeśli nie
będzie chciała liczyć się z Dekalogiem.
Jak powiedziano wyżej, państwo, chcąc zadowolić moralne przekonania - lub ich
brak - wszystkich obywateli, a przynajmniej ich zdecydowanej większości, ustala
minimalny wspólny mianownik moralny, który tak naprawdę zezwala na wszystko, na
wszelką anomalię, której przykładem są ostatnio małżeństwa homoseksualne, a
nawet na zbrodnicze działanie - jak to jest w wypadku aborcji czy eutanazji. Tak
zwane prawa człowieka, o których ciągle się dziś mówi, przy stosowaniu doktryny
pozytywizmu prawnego nie stanowią żadnej stałej odwoławczej instancji, skoro
ustalane są demokratycznie przez większość parlamentarną, względnie w
referendum, a przy nowej konfiguracji politycznej mogą być wkrótce całkowicie
zmienione.
Co to oznacza dla nauczania Kościoła i dla życia chrześcijan? Oznacza wielki
problem.
Przeciwnie, Chrystus wzywał do etycznego maksymalizmu. Wystarczy w tym miejscu
przywołać treść Kazania na Górze, które nazywane jest Konstytucją Królestwa
Bożego. Pozostaje ono w jawnej sprzeczności z konsumpcyjnym światopoglądem,
który stał się światopoglądem współczesnych ludzi, żyjących - bądź robiących
wszystko, aby żyć - w zmaterializowanych, nastawionych tylko na dobrobyt i
zabawę społeczeństwach. Etos Kazania na Górze jest wyzwaniem i zakwestionowaniem
światopoglądu i sposobu życia współczesnych zsekularyzowanych społeczeństw. To
dlatego Jezus zapowiedział swoim uczniom odrzucenie i prześladowanie ze strony
tych społeczeństw. Gdy więc my, chrześcijanie, napotykamy w życiu publicznym, w
mediach i gdzie indziej, otwarty atak na Kościół i jego doktrynę moralną, gdy
widzimy wyszydzanie chrześcijańskiej wiary, bluźnierstwa, świętokradztwa i
nagłaśnianą przez potężne siły złośliwą radość z powodu moralnych upadków
przedstawicieli Kościoła, to powinniśmy sobie wówczas uświadomić, że nie są to
sporadyczne przypadki, lecz zapowiedziana przez Chrystusa reguła, według której
antychrystusowy świat traktuje i traktował będzie Jego wiernych wyznawców.
Jak współczesnym ludziom głosić naukę o wyrzeczeniu się samego siebie, ofierze,
konieczności pokuty i dźwiganiu krzyża? Jak w świecie walk, kłótni, konfliktów,
nienawiści, zazdrości, zemsty - według powszechnie stosowanej żydowskiej zasady
oko za oko, ząb za ząb - wzywać współczesnego człowieka do miłości bliźniego, w
tym także nieprzyjaciół? Jak wzywać go do kroczenia przez życie wąską, pełną
cierni i kamieni ścieżką, gdy on chce jechać w luksusowym aucie wygodną
autostradą? Chce jechać taką wygodną drogą także w życiu religijnym, ponieważ
nawet religię i Boga traktuje jako dobra konsumpcyjne, które powinny mu służyć.
To nie on ma służyć Bogu, to Bóg ma służyć jemu, żeby był zdrowy, bogaty, żeby
żył jak najdłużej i żeby go w życiu nic nie gnębiło. W sytuacji systematycznego
demontażu chrześcijańskiego depozytu wartości trudno dziś żyć autentycznie po
chrześcijańsku. Trzeba po prostu płynąć pod prąd.
Trzeba być przygotowanym na to, że będzie się znienawidzonym za wierność
Chrystusowi, za to, że nie idzie się szeroką drogą pogańskiego życia.
Jak ma spełniać swoją ponadczasową misję głoszenia Ewangelii w spoganiałym
świecie Kościół, który sam także przeżywa trudności. Katolicy również ulegają
wkraczającym do ich życia szerokim frontem egoizmowi, hedonizmowi,
sekularyzmowi, konsumcjonizmowi i pluralizmowi teologicznemu, wyrażającemu się w
subiektywnym, wybiórczym traktowaniu prawd wiary i zasad moralnych; w
odchodzeniu od życia sakramentalnego, zwłaszcza od sakramentu pokuty; w zaniku
modlitwy; w kierowaniu się tylko tak zwanym prywatnym sumieniem, ukształtowanym
nie w oparciu o doktrynę chrześcijańską, lecz ateistyczny liberalizm; w
nieliczeniu się z nauką Kościoła odnośnie do spraw współżycia seksualnego; w
antykoncepcji, aborcji itd.
Nawet niektórym znanym zachodnim teologom chciałoby się dziś postawić pytanie:
Czy naprawdę wierzysz jeszcze w boskość Jezusa i jedyność Jego zbawczej misji?
Czy ty naprawdę wierzysz w zmartwychwstanie zmarłych, w Sąd Ostateczny i w życie
wieczne?
Utrata jedności w sprawach wiary i moralności jest rzeczą straszną dla Kościoła.
To na tym tle dochodziło w historii do tragicznych rozłamów wśród chrześcijan.
Nie bez powodu Jezus na krótko przed swoją śmiercią w słynnej modlitwie
arcykapłańskiej tak bardzo prosił swego i naszego Ojca o jedność wśród uczniów,
wśród nas - chrześcijan.
Następnym wyzwaniem są słowa, które Chrystus skierował do swoich Apostołów i do
nas - Jego współczesnych uczniów: "Wy jesteście solą ziemi, wy jesteście
światłością świata".
Nie możemy zwietrzeć w wyznawaniu - słowem i życiem - Chrystusowej wiary. Nie
wolno nam przygasić ewangelicznego światła, którym ma być nasze świadectwo
dawane o Chrystusie przed ludźmi.
Nie wolno nam dopasowywać swoich poglądów i swojego życia do publicznej opinii,
kształtowanej dziś medialnie przez ateistów, agnostyków, liberałów moralnych i
relatywistów. Życie każdego z nas powinno być otwartą dla każdego człowieka -
wierzącego i niewierzącego - żywą Biblią, żywym świadectwem wiary.
Chrystus nie może być w naszym życiu tradycją, folklorem, zwyczajem, historią i
kulturą. Chrystus ma być ciągle, tak jak był dla swoich uczniów przez dwa
tysiące lat - Drogą, Prawdą i Życiem.
Nie wolno nam także izolować się od świata i tworzyć sobie zamkniętych dla
innych ludzi bezpiecznych enklaw. Obraz Kościoła to obraz pielgrzymującego przez
historię Ludu Bożego, pielgrzymującego nie osobno, lecz z całą ludzkością, do
której został posłany z nakazem misyjnym i ma go głosić - w czas i nie w czas, w
każdych okolicznościach i każdemu, choćby nie wiem jak wrogo się do niego
odnosił. Nie jest rzeczą łatwą realizowanie przez Kościół, czyli przez nas,
aggiornamento Kościoła - do czego wzywał sobór. Nie jest łatwo być w środku
świata i nie ulec jego ideologii, co więcej - nawrócić go, bo nawracanie
ludzkich serc jest głównym zadaniem Kościoła.
Jak czytamy w Ewangelii świętego Jana, my uczniowie Chrystusa żyjemy w tym
świecie, ale nie jesteśmy z tego świata. Jesteśmy obywatelami dwóch światów.
Żyjemy w starym świecie, lecz jego stare prawa nie są dla nas tym, czym są dla
pogan. Nasze prawa to prawa Królestwa Bożego.
Mimo chaosu moralnego i ideowego, w jaki popada nasz świat. Mimo że od dawna
bezbożni ideologowie prorokują zmierzch, a nawet kres chrześcijaństwa, a
zwłaszcza Kościoła katolickiego, ponieważ ich zdaniem ludzie przestaną go
potrzebować, bo stawia za wysokie wymagania moralne. Okazuje się, że w
ponowożytnym, poindustrialnym społeczeństwie Kościół wierny nauce Chrystusa jest
jeszcze potrzebniejszy niż kiedyś. Stanowi bowiem jedyną gwarancję stałości
duchowej współczesnego świata, ukazując mu sens życia i rozwijając, ciągle na
nowo, fundamentalne dla jego społecznego życia wartości.
Okazuje się, że nie tylko dawniej, lecz także współcześnie, ludzie dręczeni są
przez podstawowe egzystencjalne pytania, na które nie potrafi odpowiedzieć ani
nauka, ani nawet filozofia, ani tym bardziej płytki konsumpcyjny światopogląd.
Pytania te dotyczą sensu życia, choroby, cierpienia i śmierci.
Poza tym każde społeczeństwo potrzebuje określonej społecznej moralności,
ugruntowanej na obiektywnych zasadach norm etycznych i wartości. Tak więc
Kościół ma - także z tej perspektywy patrząc - do spełnienia fundamentalną rolę
we współczesnym świecie.
Jesteśmy przekonani, że także ten nasz trudny współczesny świat uczyni to, co
zrobiły narody przed dwoma tysiącami lat, a mianowicie że odpowie pozytywnie na
pytanie Chrystusa: Czy chcecie żyć inaczej?
Czy chcecie żyć w miłości, pokoju, poczuciu sensu istnienia i w nadziei na
wieczne szczęście z Bogiem?
Wydaje się, że współcześni ludzie, zwłaszcza młode pokolenia na świecie, w
Europie i w Polsce, chcą się wyrwać z sieci totalitaryzmu bezideowości i
hedonizmu. Ateistyczny liberalizm nie ma im do zaproponowania nic, co czyniłoby
ich życie sensownym. Same hedonistyczne wartości nie wystarczają młodemu,
myślącemu człowiekowi. On czuje się związany z nieskończonością. Boży obraz,
który jest w nim, nie pozwala mu zatonąć w materii, w rzeczach, w zabawie i w
seksie. Młode serce pragnie nieskończonego szczęścia, po prostu pragnie Boga. To
dlatego na spotkania z Papieżem, autentycznym świadkiem Ewangelii, przychodzą
miliony młodych ludzi, aby wsłuchiwać się w jego słowa i akceptować je, mimo że
wzywa do pójścia wąską, niewygodną ścieżką: ścieżką intensywnej pracy nad sobą,
ścieżką ustawicznego trudnego rozwoju, ścieżką opanowywania instynktów i życia
według zasad moralności chrześcijańskiej. To dlatego odradzają się w Europie i w
Ameryce silne ruchy wzywające do powrotu do jednoznacznych ponadczasowych
wartości chrześcijańskich, o czym piszą bardzo poważni intelektualiści, jak np.
Bloom w swojej znanej książce "Zamknięty umysł". Młodzi ludzie odwracają się od
totalitaryzmu bezideowości, mimo coraz to bardziej zaciekłej ideologicznej
ofensywy liberalnych areopagów mających w swoich rękach wielkie media, szkoły i
uniwersytety, gdzie ex cathedra głosi się neomarksizm i postmodernizm. Polska
nie jest tu żadnym wyjątkiem. Zmieniający się stosunek polskiej młodzieży,
odrzucającej w swojej większości liberalny światopogląd i akceptującej
katolicyzm, rodzi wielki niepokój u liberalnych autorytetów. Może o tym
zaświadczyć opublikowany kilka miesięcy temu w "Gazecie Wyborczej" artykuł
pewnej znanej profesor socjologii, w którym rozdziera ona szaty i podnosi
lament, że polska młodzież wyraźnie dystansuje się od lewicowo-liberalnych
ideałów, którym ona poświęciła swoje życie.
Nie lękajmy się. Mimo rozpowszechnianego neopogaństwa Kościół Chrystusowy będzie
zawsze zajmował w naszych społeczeństwach trwałe miejsce. Choć nie ulega
wątpliwości, że musi zmieniać swoje sposoby oddziaływania, swój język i metody
duszpasterzowania, pozostając bezwzględnie wiernym nauce i moralności
ewangelicznej. Od wieków głoszone jest hasło Ecclesia semper reformanda -
Kościół musi się stale reformować. Nie chodzi tu jednak o taką reformę, która -
jak podpowiadają nam ateiści, agnostycy i niekatolicy - polegać powinna na
usunięciu prymatu Papieża, na odebraniu biskupom i proboszczom posiadanej przez
nich kanonicznej władzy, na rezygnacji z celibatu księży oraz na uznaniu święceń
kapłańskich dla kobiet. Wtedy rzekomo Kościół katolicki mógłby przezwyciężyć
wszelkie kryzysy. Jest to jedno wielkie złudzenie. Kościoły protestanckie
dokonały tego wszystkiego już dawno, a trudno się zgodzić z tym, że
przezwyciężyły dręczący je kryzys wiary. Wprost przeciwnie. Przeżywają go
jeszcze głębiej.
Jeśli my katolicy, my biskupi, kapłani, zakonnicy i ludzie świeccy, będziemy żyć
prawdziwie po chrześcijańsku, jeśli każdego dnia, każdej godziny i każdej
sekundy naszego życia świadczyć będziemy przed światem - słowem i przykładem
życia - że wiara Chrystusowa jest dla nas największą wartością; jeśli swoją
pracą, spełnianiem obowiązków życiowych, chrześcijańskim znoszeniem naszych
krzyżów, ofiarnością wobec potrzebujących naszej pomocy bliźnich świadczyć
będziemy, że Bóg, który jest Miłością, prowadzi nas przez życie - to nawrócimy
do Niego nasz świat, choćby bardzo spoganiał i znikczemniał. Świat jest głodny
Boga i jak powietrza potrzebuje znaku Jego istnienia, Jego działania, Jego
miłości, którą my katolicy - duchowni i świeccy - mamy pokazać swoim życiem.
Skończył się czas chrześcijan letnich, niezdecydowanych, idących na zgniłe
kompromisy ze złem, żyjących schizofrenicznie, tj. oddających cześć i Bogu, i
szatanowi.
Zastraszonych i bojących się przyznać publicznie do swojej wiary. To z powodu
takich i tak żyjących chrześcijan, chrześcijan tak chętnie ulegających fałszywym
filozofiom i ideologiom, chrześcijan, którzy ociągają się z wprowadzeniem w
życie świata ewangelicznych wartości - chrześcijaństwo przeżywa kryzys.
Dziś przyszedł czas na ludzi gorących, na "gwałtowników porywających Królestwo
Boże", na ludzi bezwzględnie prawych, uczciwych, wiernych Bogu, niepaktujących
ze złem, ofiarnych i heroicznie okazujących miłość bliźniego.
To nie neomarksiści, lecz my, uczniowie Chrystusa, winniśmy zacząć konsekwentnie
realizować "długi marsz" przez wszystkie dziedziny życia naszego społeczeństwa.
Chrystusową Ewangelię winniśmy promować w mediach, w szkołach, na
uniwersytetach. W duchu Chrystusowym winniśmy sprawować władzę, jeśli nas do
niej wybrano. Chrystusa powinniśmy nieść w świat kultury, sztuki, rozrywki,
spędzania wolnego czasu i pracy.
Najpiękniejsza idea umrze, jeśli nie poniosą jej w świat oddani bez reszty
ludzie. Ludzie sami jednak nie poradzą sobie z tym zadaniem, jeśli nie będą
mieli oparcia w instytucjach życia - społecznego, kulturalnego, szkolnego,
uniwersyteckiego i gospodarczego. Dlatego, aby przezwyciężyć groźny kryzys
wiary, winniśmy zmobilizować wszystkie siły, winniśmy zacząć przemieniać
otaczający nas świat, tworzyć w nim instytucje, rozwijać grupy i ruchy,
wszelkimi szlachetnymi sposobami wpływać na życie naszego Narodu. Ojciec Święty
Jan Paweł II, wielki mąż Boży i genialny myśliciel, lepiej niż ktokolwiek
rozeznał znaki czasu i zagrożenia dla Kościoła. To dlatego zwrócił się do
wszystkich chrześcijan, by podjęli nową ewangelizację świata, swojego świata - w
którym żyją. By ją podjęli, zaczynając od siebie, nawracając własne serca i
przekazując innym ludziom Chrystusową Ewangelię: swoim życiem i mądrym, pięknym,
przemyślanym słowem. Słowem trafiającym do współczesnego dziecka, młodzieńca i
dorosłego; trafiającym do człowieka wykształconego i niewykształconego, do
człowieka bardzo nowoczesnego i tradycyjnego; trafiającym do wszystkich;
trafiającym nawet do liberalnych współczesnych areopagów, ponieważ i te areopagi
trzeba nawrócić.
Nowa ewangelizacja, prowadzona obok ewangelizacji klasycznej skierowanej do
naszych wiernych uczęszczających do kościoła i żyjących życiem sakramentalnym,
ma trafić do wszystkich ludzi. Nie jest ona zadaniem łatwym. To zadanie
zakrojone na pokolenia. W pracy ewangelicznej nie możemy ulegać pokusie
niecierpliwości. Młyny Boże mielą powoli. Z maleńkiego ziarnka zasiewu
ewangelicznego powoli wyrasta wielkie drzewo Kościoła. Zarówno w pracy nad sobą,
jak i w pracy nad innymi, nie wolno nam popadać w zniechęcenie. Pamiętajmy o
tym, że konsekwentna, pobłogosławiona przez Boga praca przezwycięża wszystko.
Nie mówmy: my jesteśmy tak mało znaczący. My nie mamy władzy, pieniędzy,
znaczenia społecznego. Nie mówmy: Kto się z nami będzie liczył? Logika Boża jest
inna niż logika ludzka. A po ludzku rozumiany sukces nie należy do Bożych imion.
To, co Bóg wybiera, bardzo często jest głupstwem w oczach świata. Do misji
zbawczej nie wybrał On potężnego narodu starożytnego - egipskiego, greckiego czy
rzymskiego, lecz barbarzyński, półdziki, niczym szczególnym się nieodznaczający
naród izraelski. Na Apostołów nie powołał filozofów greckich i rzymskich
cesarzy, ale prostych rybaków i rolników. I to właśnie oni nawrócili potężny,
mądry, cyniczny, kulturalny świat starożytny.
Nas także Pan Bóg wybrał na swoich uczniów i współczesnych apostołów. Nie z
powodu naszych szczególnych talentów. Wybrał nas, ponieważ chciał nas wybrać,
ponieważ zechciał nas tu wezwać, do życia w chrześcijańskich rodzinach, do pracy
w "Odrodzeniu", tu, na Jasną Górę. Zechciał nas wezwać, abyśmy podjęli
ewangelizację naszego świata; tego świata, w którym żyjemy, pracujemy, uczymy
się i bawimy.
Jak mówi kardynał Ratzinger, ewangelizacja jest zawsze przemawianiem w imieniu
Chrystusa, na mocy misji Kościoła. Prawdziwy apostoł musi być transparentny.
Musi być jak czysta szyba. Przez jego słowa i przez jego pracę, i przez jego
całe życie, tak jak przez szybę, mają ludzie widzieć Chrystusa. Prawdziwy
apostoł nie prowadzi do siebie, on zawsze prowadzi do Chrystusa. Kto przemawia w
swoim imieniu, i przemawia tak, aby on sam był znany i chwalony, to choćby mówił
o sprawach najświętszych, jest sługą antychrysta.
Ewangelizacja przy tym to nie tylko mówienie o Bogu, to przede wszystkim
rozmawianie z Bogiem.
Ewangelizacja to nie tylko forma nauczania, ale przede wszystkim forma życia. To
wędrówka ku krzyżowi. Na tym właśnie polega naśladowanie Chrystusa. Jezus nie
odkupił świata pięknymi i mądrymi słowami, ale swoim cierpieniem i śmiercią. My
również jesteśmy wezwani do dźwigania krzyża i nie nawrócimy świata samymi
słowami, lecz przede wszystkim cierpieniem, krzyżem, ofiarą, trudem, który może
być bardzo wielki. We wszystkich okresach dziejów aktualne pozostawały słowa
Tertuliana, że krew męczenników jest zasiewem, z którego wyrastają nowe
pokolenia wierzących. Aktualne są także w naszych czasach. Niekoniecznie przy
tym chodzić w nich musi o męczeństwo krwi. Może być inne męczeństwo; męczeństwo,
które znosimy przez całe lata - za innych i dla innych, z miłości do nich. Nie
jest ono mniej ważne niż przelana krew.
Ewangelizując świat, nie zapominajmy również o tym, że chrześcijaństwa nie można
sprowadzić do moralizmu. Wiara bez uczynków jest martwa. To prawda. Ale same
uczynki, bez wiary, są bez znaczenia.
Dlatego to takie ważne, by współczesny człowiek nie tylko dobrze postępował, nie
tylko nie krzywdził innych, ale także by uwierzył w Chrystusa, który jest
Miłością, ponieważ tylko przez Chrystusa Miłosiernego może być zbawionym. Same
uczynki, najwspanialsze nawet, bez wiary nie wystarczą. Człowiek nie jest w
sprawie swojego zbawienia samowystarczalny. Jednak sama wiara, pozbawiona
miłości i przyjaźni z Bogiem, także do zbawienia nie wystarczy.
Nowa ewangelizacja, która ma przełamać kryzys wiary we współczesnym świecie, to
zakładanie królestwa Bożego na ziemi. Według słów ks. kard. Ratzingera, nie jest
ono strukturą społeczną lub polityczną, nie jest też żadną utopią. Królestwo
Boże oznacza silną wiarę i uznanie, że Bóg istnieje, że Bóg żyje, że jest obecny
i działa w świecie i w naszym życiu. Ten Bóg, o którym mamy mówić ludziom, nie
jest odległym Pierwszym Motorem, Wielkim Architektem, Pierwszą Przyczyną - jak
mówią deiści. Nasz Bóg - jedyny i prawdziwy - jest rzeczywistością najbardziej
obecną w każdej sekundzie naszego życia i w każdym momencie dziejów ludzkich.
Obecną i wpływającą na nie.
Kryzys ten polega na "nieobecności Boga" w życiu chrześcijan. Aby go przełamać,
my chrześcijanie musimy mieć ostrą świadomość transcendencji i gorącą wiarę w
istnienie Boga, od którego zależy wszystko. Boga, który jest Stwórcą,
Uświęcicielem, Zbawicielem, Sędzią, Ojcem i Panem. Boga, z którym można i trzeba
rozmawiać i być z Nim w stałym przyjaznym kontakcie. To dlatego w nowej
ewangelizacji tak ważna jest modlitwa: osobista, wspólna i liturgiczna. Rozmowa
o Bogu musi się zawsze łączyć z rozmową z Bogiem.
Liturgia nie może polegać tylko na zrozumiałym, racjonalnym nauczaniu, na
nieustannym komentowaniu wszystkiego, co dzieje się przy ołtarzu. Liturgia
potrzebuje także ciszy, skupienia, osobistej głębokiej refleksji, kontemplacji
piękna i tajemnicy.
Nowa ewangelizacja ma pomóc współczesnemu, skołatanemu światu Chrystusa poznać,
pokochać i naśladować. Nie chodzi o naśladowanie Jezusa jako człowieka.
Naśladowanie Chrystusa to upodobnianie się do Niego w zjednoczeniu z Bogiem.
Każdy człowiek pragnie zjednoczenia z Bogiem, z Nieskończonością, pragnie bowiem
nieskończonego szczęścia i nieskończonej wolności. Czasem próbuje to swoje
pragnienie realizować w sposób kaleki, tworząc bezbożne ideologie, według
których on sam staje się bogiem decydującym o dobru i złu; czasem wywołując
rewolucje, które mają pozwolić zbudować raj na ziemi; czasem ulegając alkoholowi
lub narkotykom, które pozwalają mu przeżywać chwile pozornie boskiej wprost
wielkości. Te drogi do nieskończoności wskazuje człowiekowi, już od początków
jego historii, szatan, ów "starodawny wąż", który podpowiedział pierwszym
rodzicom: zerwijcie owoc, a staniecie się równi Bogu.
Do istoty naśladowania Chrystusa należy także udział w Jego krzyżu. Kto pomija
krzyż, powiada św. Paweł, pomija istotę chrześcijaństwa (1 Kor 2, 2).
Jak mówi ks. kardynał Ratzinger, kluczowym elementem nowej ewangelizacji, która
stanowi drogę wyjścia Kościoła z kryzysu, jest życie wieczne. Musimy publicznie
i w codziennym życiu, ciągle na nowo, czy chcą tego słuchać czy nie, w czas i
nie w czas, w porę i nie w porę, głosić z mocą - naszą wiarę w życie wieczne.
Głosić prawdę o czekającym każdego człowieka sądzie i o odpowiedzialności przed
Bogiem za przeżyte życie.
Głosić centralną w Ewangelii prawdę o nieuniknionej dla nikogo Bożej
sprawiedliwości i o tym, że Chrystus, wisząc na krzyżu, wziął na siebie nasze
grzechy i że tylko od nas zależy, czy skorzystamy, czy też nie, z tej
przeogromnej szansy na zbawienie.
Śmierć, sąd, odkupienie, życie wieczne - nie konkurują z naszym ziemskim życiem
i szczęściem. Przeciwnie, czynią je nieskończenie ważnym, ponieważ to, jak je
przeżyjemy, zadecyduje o naszej wieczności. Bóg nie jest konkurentem dla naszego
ziemskiego życia, ale gwarantem jego wielkości.
Jak mówi cytowany już kilkakrotnie ks. kardynał Ratzinger, przełamując nową
ewangelizacją współczesny kryzys chrześcijaństwa, wykonajmy coś bardzo prostego.
Mówmy o Bogu i o człowieku. W ten sposób powiemy wszystko, co naprawdę ważne i
potrzebne[6].
[1] Por. A. Michalik, Neopogaństwo - Teologia - Kościół, [w:] Neopogaństwo. Nowe
czasy - stare idee, red.
J. Królikowski, Pallotinum 2001, s. 135.
[2] Por. A. Michalik, s. 136-137.
[3] Za: A. Michalik, s. 138.
[4] Konstytucja Lumen gentium 1, za: A. Michalik, s. 139.
[5] Jan Paweł II, Przekroczyć próg nadziei, RW KUL, Lublin 1994, s. 96.
[6] Por. S. Wielgus, Chrześcijanin wobec współczesnych wyzwań ideowych,
"Zeszyt", Oddział Śląski
Katolickiego Stowarzyszenia "Civitas Christiana", Bielsko-Biała 2001; T. Herr,
Der Arzt ist selbst zum
Patientem geworden, "Die Tagespost", nr 27, 7.07.2001 i pozostałe artykuły tego
autora z serii drukowanej
w "Die Tagespost" w numerach z następujących dni: 21.07.2001; 4.08.2001;
18.08.2001; 1.09.2001;
22.09.2001; 6.10.2001; 20.10.2001; 3.11.2001; 17.11.2001; 1.12.2001; 15.12.2001;
29.12.2001; Ks.
kard. J. Ratzinger, Nowa Ewangelizacja, "L'Osservatore Romano" nr 6/2001, s.
35-39.
Wykład JE księdza biskupa Stanisława Wielgusa został wygłoszony 7 września
2002 r. na Jasnej Górze w
czasie Dni Modlitw Ruchu Kultury Chrześcijańskiej "Odrodzenie".