Ks. prof. Czesław S. Bartnik
Spór o Kościół "otwarty"
Od kilkudziesięciu
lat funkcjonuje wyrażenie "Kościół otwarty". Samo słowo "otwarty" brzmi
pozytywnie i mogłoby być akceptowane przez wszystkich ludzi. Cała rzecz w tym,
że koła liberalne i masońskie chcą nadać temu słowu inny sens. Dla nas Kościół
"otwarty" to Kościół Jezusa Chrystusa, ewangeliczny, dostępny dla każdego
człowieka dobrej woli, misyjny, prowadzący pewną drogą do Chrystusa. Tymczasem
dla tych, którzy nie odróżniają Kościoła Bożego od towarzystw filantropijnych
lub psychoterapeutycznych, "Kościół otwarty" to taki, który zapiera się swego
pochodzenia od Chrystusa, wyrzeka się wiary i Ewangelii, tworzy jakąś mieszankę
ze wszystkimi innymi wyznaniami, religiami i stowarzyszeniami, idzie na
kompromisy z laicyzmem i powątpiewa w Bóstwo Chrystusa, jego Założyciela. O jaką
więc otwartość chodzi?
Społeczeństwo otwarte
Idea Kościoła otwartego jest błędną próbą
zastosowania do Kościoła katolickiego świeckiej idei "społeczeństwa otwartego",
jaką wypracował dosyć oryginalnie filozof austriacki pochodzenia żydowskiego
Karl Raimund Popper (1902-1994), bardzo wpływowy w kulturze euroatlantyckiej.
Stając w opozycji do marksizmu, rozwijał naukę o społeczeństwie bez żadnych
prawidłowości, bez praw i zasad; życie społeczne i historia same się kształtują,
nie da się przewidzieć żadnej przyszłości ludzkiej, obecnie trzeba próbować
wszelkich możliwości społecznych, nie zważając na "przestarzałą" moralność, a
jedyną stałą zasadą ma być tylko wolność i demokracja. Naukę te podjął na forum
praktyczno-politycznym multimiliarder George Soros (ur. 1930), Żyd węgierski
żyjący w USA, wielki filantrop ideowy. Utworzył on między innymi w roku 1993
instytucję społeczeństwa otwartego. Postanowił oddziaływać głównie poprzez
naukę, a więc przez wspieranie i profilowanie nauk na uniwersytetach. I czyni to
dziś w 30 krajach, łącznie z Polską. Stara się też wpływać na Katolicki
Uniwersytet Lubelski, co dotychczas było odpierane. W Polsce grupy poddające się
jego wpływom zrzeszają się w znanej Fundacji Batorego (bo król Batory był
Węgrem) od roku 1988. Z Fundacją współpracowała najściślej Unia Wolności (wpierw
Unia Demokratyczna, dziś Partia Demokratyczna). Szczególnym terenem działalności
instytucji Sorosa są kraje byłego bloku sowieckiego, gdyż uważa się, że na tych
terenach, rozbitych ekonomicznie i duchowo, da się stworzyć nowe społeczeństwo
"otwarte", czyli nadające się do globalizacji po odpowiednim przekształceniu
Kościołów, religii i kultur lokalnych. Największą przeszkodą na tej drodze jest
Kościół katolicki w Polsce. Stąd te przemyślne i usilne starania, żeby ten
Kościół "otworzyć", czyli poddać go zewnętrznie i wewnętrznie świeckiemu
społeczeństwu otwartemu. I w tych celach zdobywani są na różne sposoby ludzie, a
także media, publiczne i prywatne. Stąd jednocześnie wściekłość, że nie dają się
ani oszukać, ani zniszczyć media Ojców Redemptorystów.
Polscy heroldowie "Kościoła otwartego"
Największymi ośrodkami ideologii "społeczeństwa
otwartego" stały się: Wiedeń, Bruksela, Berlin, Paryż, Praga, Frankfurt nad
Menem, Madryt, Londyn i Nowy Jork. W ośrodkach tych osłabła żywa i trzeźwa myśl
filozoficzna i stały się one podatne na nowe idee eksperymentalne. W Polsce
najwięcej szerzycieli idei "otwartości" w odniesieniu do Kościoła grupuje się
wokół "Tygodnika Powszechnego", "Znaku", "Więzi", KAI-u, niektórych KiK-ów,
"Przeglądu Powszechnego", "W drodze", częściowo "Gościa Niedzielnego", a ponadto
należy do nich kilku arcybiskupów, biskupów i prezbiterów, głównie zakonnych.
Jeśli chodzi o partie polityczne, za ideologią Kościoła "otwartego" opowiadają
się nie tylko "z zewnątrz" politycy postkomunistyczni, socjaldemokratyczni,
masońscy i antyklerykalni, ale także "z wewnątrz" liczni politycy liberalizuący:
z UW (dziś Partia Demokratyczna), PO (w dużej części), PiS (częściowo).
Najbardziej słuszne stanowisko zajmują: LPR, Samoobrona, PSL i prawicowe
pomniejsze ugrupowania. Ogólnie idea społeczeństwa otwartego, a więc i Kościoła
"otwartego", wywodzi się z liberalizmu zachodniego, choć u nas liberalizm ma
kształty dużo łagodniejsze niż na Zachodzie i często nawiązuje do myśli
katolickiej (por. prof. R. Tokarczyk, Współczesne doktryny polityczne, Kraków
2005, s. 104 nn.).
Co ma znaczyć "Kościół otwarty"?
Ideologia Kościoła "otwartego" nie jest ani jednolita, ani spójna, ale ma pewne motywy charakterystyczne, mniej lub więcej związane w pewien bukiet poglądów.
Ogólnie biorąc, Kościół "otwarty" to Kościół liberalizujący, a więc mniej lub więcej odchodzący od swych tradycji, od struktur stałych ku zmiennym, od praw, norm, kanonów, i jak najwięcej przystosowujący się do barw społeczeństwa świeckiego. Ma on "uwolnić" dogmaty, przykazania Boże, liturgię, sakramenty, obrzędy i praktyki. Powinien zmienić ustrój z monarchicznego (papiestwo) i arystokratycznego (biskupi i prezbiterzy) na demokratyczny. Jeżeli chodzi o dogmaty, to powinien zrezygnować oficjalnie przede wszystkim z prymatu, czyli z papiestwa, albo powinien przynajmniej uczynić z Watykanu ośrodek ekumeniczny, taką administrację międzywyznaniową. Jednocześnie i inne dogmaty, jak Trójca Święta, Bóstwo Chrystusa, realna obecność Chrystusa w Eucharystii, łaska przebóstwiająca, nieśmiertelność duszy ludzkiej itd., powinny być pozostawiane do własnego wyboru i gustu. "Są dogmaty - mówi pewien liberał krakowski - które mnie samemu nie służą i mnie nie obchodzą". Niektórzy chcą łaskawie zostawić kapłanów sakramentalnych, ale bez władzy nauczycielskiej i pasterskiej, a jedynie jako liturgów, choć same normy liturgiczne muszą być stanowione przez świeckich. Największe szanse mają kapłani przystojni i ładnie śpiewający. Cała wszakże władza kościelna musi przejść w ręce świeckich, musi to być "Kościół laików", oczywiście inteligentów.
Kościół "otwarty" nie może głosić "doktryny jedynie słusznej", lecz ma się pogodzić z wielością innych religii jako sobie równych (pluralizm), ma przyjąć względność prawd religijnych zamiast absolutności (relatywizm), czyli ma uznać zmienność prawd religijnych w zależności od czasu, miejsca i epoki, oraz ma otworzyć swoje bramy na wpływy wszystkich wyznań, religii i systemów humanistycznych, choćby nawet ateizujących. Będzie to Kościół, który zgodzi się, że zbawia jednakowo każde wyznanie, każdy Kościół, każda religia, każdy prawdziwy humanizm i każdy system duchowo-moralny. Zaratustra, Budda, Muhammad stoją na równi z Chrystusem albo i wyżej - pod względem religiotwórczości.
Dla wielu Kościół jest etycznie "zamknięty" i skostniały, gdy nie godzi się na zabijanie dzieci poczętych, na eutanazję, na środki antykoncepcyjne, stosunki przedmałżeńskie, małżeństwa na próbę, rozwody, "małżeństwa" homoseksualne, adopcję dzieci przez homoseksualistów, różne zboczenia seksualne, swobodę seksualną. Nie jest "otwarty", kiedy opowiada się za wiernością małżeńską i czystością, za wartością dziewictwa i celibatu, za rodziną, za wielodzietnością, za wychowywaniem w karności i tradycyjnej moralności. Jest wsteczny społecznie, gdy popiera instytucję państwa, ingerencję władzy w życie gospodarcze i socjalne, gdy jest za regulacją rynku, gdy chce być obecny w życiu publicznym i nie ogranicza się wyłącznie do życia prywatnego i osobistego. Jest wsteczny, gdy opowiada się za miłością rodziców, za miłością ojczyzny, narodu, tradycji, języka, historii przodków. W Polsce ponadto jest wsteczny i zamknięty, bo wprowadził religię do szkół publicznych oraz kapelanów do wojska, policji, więzień, szpitali, różnych innych społeczności. W Polsce jest "klerykalny", zamknięty dla inteligencji, bo jest masowy, robotniczy, ludowy, wiejski, ciemny, rytualistyczny. Nie jest otwarty, bo jest bogaczem, zbiera ofiary na tacę i na budowy, ma dużo ziemi i budynków, słabo został opodatkowany. Gdyby rozdał swoje fortuny i pensje duchownych, to by podniósł ogromnie stopę życiową w kraju.
Kościół ma się pozbyć pewności w wierze i nauce i raczej uczyć mądrego powątpiewania i debatowania. Nie może niczego narzucać autorytatywnie, tylko dyskutować, inspirować, prosić. Nie powinien nikogo upominać ani tym bardziej karać, bo sam jest grzeszny, a oczyści się, gdy będzie ciągle pokutował i wyznawał wszystkie swoje grzechy wobec swoich dzieci i wobec całego świata. Nie będzie paternalistyczny, gdy zacznie święcić kobiety na diakonów, prezbiterów, biskupów, gdy dopuści kobietę do papiestwa. Dyscypliny naukowe Kościoła winny być mniej intelektualistyczne, a bardziej emocjonalne, literackie i kulturotwórcze. Musi się wyrzec raz na zawsze ambicji społecznych i politycznych. Ma ograniczyć swoją działalność do dobroczynności, prowadzenia przytułków, hospicjów, leprozoriów, domów opieki nad starymi, chorymi, uzależnionymi, niepełnosprawnymi i powinien robić to wszystko bez pomocy państwa.
Musi przeminąć epoka grozy religijnej, zakazów i
nakazów, nauki o piekle, o karach Bożych i o gniewie Bożym, bo to wszystko
stresuje i przynosi skutki odwrotne do zamierzonych. Bóg to jedynie
miłosierdzie, im więcej się grzeszy, tym bardziej Bóg okazuje swoje
miłosierdzie. Religia dzisiejsza ma wyrastać z osobistej sympatii do Boga jako
Partnera. W razie potrzeby ma mieć charakter terapii psychicznej i ubezpieczalni
psychologicznej. Najlepszymi członkami Kościoła mieliby być wiecznie poszukujący
Boga, wielcy grzesznicy, zabagnieni indywidualnie i grupowo, choć ostatecznie
się nawracający. Tylko konwertyta i nawrócony z ciężkich grzechów rozumie
chrześcijaństwo i nadaje się na wyższy urząd. W Niemczech często od kandydata na
prezbitera żądają, żeby się najpierw dobrze złajdaczył, żeby doznał grzechu aż
do dna, to dopiero wtedy zrozumie religię i będzie rozumiał każdego grzesznika w
konfesjonale. Ludzie normalni, tzn. tacy, co wierzą bez rozterki i są porządni
od dziecka, mieliby mieć najniższą wartość dla życia kościelnego. No, może
jeszcze niżej stoją patrioci religijni, czciciele Matki Bożej, odmawiający
Różaniec, "obrońcy Kościoła". Święty Maksymilian, Prymas Stefan Wyszyński, ks.
Jerzy Popiełuszko i im podobni to typy nacjonalistyczne, bigoteryjne i
antysemickie. Ataki Kościoła na społeczeństwo bez Boga czy na cywilizację
śmierci trącą anachronizmem i ciemnotą. W ogóle trzeba zapomnieć o Kościele
widzialnym, masowym i obecnym na publicznej scenie państwa i świata (por. S.
Krajski, Granice kultury, Szczecinek 2004; prof. Z. Żmigrodzki, Znaki sprzeciwu,
Wrocław 2005, s. 73 nn.).
Walka z Radiem Maryja jako symbolem
Ideologia liberalna i "otwartościowa" ciągle dochodzi do głosu w sposób niemal klasyczny w atakach na Radio Maryja i TV TRWAM. Media te są "symbolem" Kościoła zamkniętego w dwóch aspektach: 1. w tzw. fundamentalizmie, czyli w braku uległości wobec ideologii liberalnej, i 2. w katolickiej teologii społeczno-politycznej, która uznaje patriotyzm jako wartość religijno-moralną. Atak na te media, rzekomo za brak otwartości, opiera się stale na dwu tezach: że katolicy nie mają prawa czynnego udziału w życiu politycznym i że we współczesnym świecie Kościół nie powinien się bronić przed atakami na siebie. Tezy te powtarzają ciągle wszyscy zwolennicy Kościoła "otwartego", tak jakby mieli jakieś instrukcje z jednego źródła.
Na przykład ks. abp Marian Gołębiewski, metropolita wrocławski, w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" (24 marca 2005, s. 7) pisze: "W sporze z Radiem [Maryja] chodzi o koncepcję Kościoła soborowego, ekumenicznego i otwartego, czy raczej propagujemy koncepcje Kościoła jako oblężonej twierdzy". Autor wypowiedzi uważa, że Radio Maryja ma eklezjologię "oblężonej twierdzy", czyli powtórzony jest zarzut liberałów, że Kościół się broni, że broni swej tożsamości, doktryny, tradycji, zamiast poddać się duchowi mentalności świeckiej. Z kolei w dziedzinie społeczno-politycznej stawiany jest zarzut, że Radio Maryja "wiąże się ze skrajnymi opcjami politycznymi", a powinno "misję ewangeliczną pełnić dla wszystkich" (s. 7). I występuje tu znowu populistyczne pomieszanie materii. Jest tu mianowicie założenie, że media katolickie mogą poruszać tylko kwestie religijne, jak za komuny, a nie mogą - nawet katolicy świeccy dzwoniący do Radia lub występujący na antenie - zajmować się sprawami doczesnymi, które powinny być pozostawione raczej niewierzącym. Za "opcje skrajne" uważa się tu - tak jak postkomuniści i Unia Wolności - ugrupowania patriotyczne broniące Polski przed zniewoleniem, rozkradzeniem i zniszczeniem, broniące Ojczyzny i pozycji publicznej Kościoła polskiego. Dla liberałów bowiem nie ma ani ojczyzny, ani obecności Kościoła na forum publicznym. Ale - jak wynika z wypowiedzi - Radio Maryja mogłoby zajmować się i sprawami doczesnymi, gdyby popierało linię Unii Wolności, a także inne partie lewicowe lub obce duchowi polskiemu. Tymczasem trzeba pamiętać, że tamte inne partie mają swoje potężne, nieprawnie zdobyte media, podczas gdy siły patriotyczne mają jedynie Radio Maryja.
"Żadna redakcja katolicka - mówi dalej ksiądz arcybiskup do p. Marcina Przeciszewskiego, znanego z ataków na Kościół polski - nie może się utożsamiać z jedną grupą polityczną (...), wierni mogą angażować się w różnych partiach, pod warunkiem że ich program i działalność nie będą w sprzeczności z doktryną i zasadami moralnymi Kościoła". Niestety, jest tu znowu pomieszanie materii i wewnętrzna sprzeczność. Do tego prowadzi brak znajomości katolickiej teologii społeczno-politycznej. Redakcja katolicka mianowicie ma obejmować wszystkie partie polityczne, ale... nie wszystkie. No właśnie, bo SLD, SdPl, UP, UW, PO, Nowa Lewica i niektóre inne są wrogie Kościołowi prawowiernemu i nie można mieć żalu, że Radio Maryja ich nie popiera, przynajmniej w całej rozciągłości. Ale to samo Radio Maryja w sferze religijnej obejmuje ewangelizacją wszystkich, ateuszy i liberałów jak najbardziej, ale na swoich falach nie głosi ich poglądów społeczno-politycznych i nie popiera ich programów, wrogich katolickiej nauce społeczno-politycznej.
Na pytanie p. Marcina Przeciszewskiego, dlaczego
Episkopat nie zlikwidował jeszcze Radia Maryja, pasterz piastowskiego Wrocławia
odpowiedział: "Nie wiem, gdyż nie jest to łatwy problem. Wiemy, jaka jest
słuchalność Radia Maryja i jak reagują jego słuchacze" (s. 7). Chyba niesłusznie
przypomina mi się Ewangelia: "Bo bali się ludu".
Podobnie ostatnio ks. abp Henryk Muszyński, również profesor biblistyki, w innym
wywiadzie zarzuca Radiu Maryja, że popiera ono tylko "partie katolicko-narodowe"
i że "kieruje się nienawiścią" ("Gazeta Wyborcza" 30 IV - l V 2005). Z tego
również wynikałoby, że Radio Maryja powinno popierać wszystkie partie liberalne,
antyklerykalne i ateizujące, które mają swoje potężne media, wykluczające
prawicę, no i że owe partie - w przeciwieństwie do wielu milionów ludzi Radia
Maryja - pałają wielką miłością do Polski, do Kościoła, do ludu polskiego.
Księża arcybiskupi, Waszego stanowiska nikt z Polaków nie może zrozumieć! Co się
z Wami stało?
Otwarcie na judaizm
Na bazie pozytywnego "otwarcia" Kościoła narodziło się, także wśród Polaków, głównie katolików pochodzenia żydowskiego, przypominające pierwsze wieki judeochrześcijaństwo, czyli Kościół związany wieloma więzami z judaizmem. Jest to związanie nie tylko emocjonalne lub towarzysko-kulturowe, lecz także jakieś głębsze, typu religijnego. Niełatwo jest określić w pełni i dokładnie, czym się ono charakteryzuje, tym bardziej że ma różne odmiany. Na przykład w Stanach Zjednoczonych pojawili się Żydzi, którzy uznają Jezusa z Nazaretu jako Chrystusa, czyli jako Mesjasza, ale wcale nie są chrześcijanami. To jest bardzo ciekawy przypadek.
Jakie są cechy naszego judeochrześcijaństwa? Często przyjmuje się tezę, że we współczesnym judaizmie osiąga się zbawienie na równi z Kościołem katolickim. Niektórzy uczą, że chrześcijanie mogą legalnie przechodzić na judaizm. Księgi święte Starego - mówią "Pierwszego" - Testamentu są równe doktrynalnie Nowemu - mówią "Drugiemu" - Testamentowi. Niektórzy, nawet spośród kapłanów katolickich, są skłonni przypisywać natchnienie także wielu częściom Talmudu babilońskiego (z V/VI wieku), pomijają tylko wypowiedzi wrogie chrześcijaństwu. Kahał (Kehal Jahweh) uważa się za Kościół partykularny Kościoła katolickiego, choć trzeba przyznać, że ogół Żydów traktuje katolicyzm jako sektę judaizmu. Przyjmuje się wiele żydowskich świąt, obrzędów, motywów liturgicznych, obyczajów, sposobów życia, szabat, choć większość Żydów zaniedbuje własne tradycje religijne. Uznaje się Ścianę Płaczu (Kotel ha - Maarawi; Jan Paweł II się tam modlił), czyli kawałek dobudowanego przez Heroda zachodniego muru świątyni jerozolimskiej, którą zburzył wódz rzymski Tytus, ale do której to wpierw uczęszczał Jezus Chrystus. Przyjmuje się szeroko kulturę żydowską, sposób życia, mentalność, mądrość. W sumie wszystko to jakby przybliża nas do czasów Jezusa.
Jednym z negatywnych skutków rozwoju
judeochrześcijaństwa bywa tylko to, że jego zwolennicy zbyt często innych
katolików pomawiają o antysemityzm.
Żądanie samozniesławiania się Kościoła
Zwolennicy fałszywego "otwarcia" Kościoła dążą
perfidnie do tego, żeby ludzie Kościoła sami siebie publicznie oskarżali, jak
przegrana frakcja w partii bolszewickiej. I to nazywają "oczyszczaniem się"
Kościoła. Ma to być rzekomo chrześcijańska spowiedź, a masoni będą tymi, którzy
dadzą "rozgrzeszenie", albo i nie dadzą. Oczywiście, najbardziej chodzi o
samozniesławianie się biskupów, prezbiterów zakonników za winy nawet
niepopełnione, ot, tak dla samej idei "pokory" Kościoła. Powraca częściowo
XIV-wieczna sekta wiklefitów, według których jeśli kapłan popełni coś złego lub
wydaje się, że popełnił, to traci władzę kapłańską, musi być pozbawiony
stanowiska i rozgłaszać ciągle swoje przewinienie "dla pojednania z wiernymi".
Spowiedzi usznej nie uznawano. Mecenas Tadeusz Szymański słusznie ciągle
podnosi, że coś podobnego rozwijają obecnie podstępni wrogowie Kościoła w
Polsce. Ogłaszają bez sądu winę po kolei ważniejszych postaci katolickich i
żądają, by się do grzechu bezwarunkowo przyznawały, by opuszczały stanowiska i
tak "oczyszczały" Kościół przez samozniesławianie. Jest to masoński system
niszczenia Kościoła polskiego, podzielany przez niektóre partie polityczne, a
także niebacznie popierany przez niektórych duchownych zwolenników "otwartości"
Kościoła: Matka ma się najlepiej oczyszczać na forum swojej rodziny, kiedy się
publicznie zniesławia albo kiedy ją zniesławiają. Oczywiście jest to perfidia
masońska.
Tą drogą siły wrogie, przy części bezkrytycznych duchownych, chcą niszczyć dobre
imię Matki Kościoła systematycznie i po kolei. Ostatnio ujawniło się to w
sprawie ojca Konrada Hejmy, dominikanina poznańskiego. Choćby nawet był winien
świadomej współpracy z wywiadem PRL-u, czego wszakże nie dowiedziono prawnie, to
nie należało bez sądu lustracyjnego ogłaszać tego z góry. Jest to bezprawne i
niemoralne, choć staje się regułą w stosunku do duchownych. W przypadku bandytów
podaje się przed wyrokiem tylko pierwszą literę nazwiska; w przypadku agentów
partyjnych lub esbeków lustracja ciągnie się latami, w przypadku duchownych
wyrok ogłasza się przed rozprawą, jak było choćby z księdzem prałatem Henrykiem
Jankowskim. Winni takiego bezprawia powinni zostać ukarani.
Szczególna wrogość względem Kościoła ujawniła się w tym, że ogłoszono o. Hejmę agentem komunistycznym tuż po śmierci Papieża Polaka. Sugeruje to sępom międzynarodowym, że wraz z polskim Papieżem wdarło się zło do Watykanu. Media światowe podchwyciły, jakoby polski agent miał dostęp do najbardziej tajnych spraw Watykanu i był najbliższym współpracownikiem Papieża. Stąd niektórzy Włosi zaczynają rzucać podejrzenia na licznych Polaków pracujących w Watykanie. Chcą zagłuszyć sławę i chwałę Jana Pawła II. I tak sprawa ojca Hejmy powtarza w jakimś sensie przekręty w sprawie Jedwabnego.
O intencjach ludzi "oczyszczających" Kościół
świadczy fakt, że władze IPN, które nie mogą przez lata zlustrować bandytów
komunistycznych - choćby tych, co mordowali duchownych polskich, teraz żądają
publicznej lustracji biskupów w Polsce, księży, zakonników, kleryków,
pracowników instytucji kościelnych, a ogłoszenie wszystkich nazwisk miałoby
"oczyścić" Kościół. Jest to perfidia lub bezdenna głupota. Przy tym
polskojęzyczne media w Polsce imputują Kościołowi, że agentami było 15 proc.
duchownych i że kapłani donosili nawet ze spowiedzi. Wynika z tego, że to raczej
duchowieństwo polskie stworzyło nam piekło komunistyczne i krwawo prześladowało
nieszczęsnych bolszewików i ich sługi. Właśnie, jest to typowa mentalność
bolszewicka. To dla Sowietów każdy duchowny miał być "z urzędu" agentem obcych
sił (por. pracę R. Dzwonkowskiego, Z historii Kościoła katolickiego w ZSRS
1917-1991, Ząbki 2005). W sumie jest to bandytyzm propagandowy, a my, Polacy i
katolicy, jesteśmy bezradni i prawnie, i politycznie. Oddaliśmy się w niewolę
nieodpowiedzialnych i złych ludzi. W zbliżających się wyborach trzeba to
wszystko odrobić. Bo kler to dopiero bagno antypolskie, nie zajmujmy się
korupcją lewicy.
Wokół "cudu Wojtyłowego"
W ostatnich dniach Papieża Jana Pawła II z radością patrzyliśmy, jak w mediach publicznych ludzie do niedawna oskarżający Go o fundamentalizm i brak otwarcia nagle stali się Jego chwalcami i entuzjastami. Ale szybko z bólem odkryliśmy, że nasze czynniki oficjalne tak mało rozumieją Kościół i nas i ogromny triumf świętej postaci Jana Pawła II wykorzystują znowu w grze wyborczej.
1. W publicznych debatach w czasie owych wielkich chwil stawiano ciągle podstępne pytanie, czy aby Polacy, katolicy polscy, przyjmą i uznają nowego Papieża nie-Polaka. Jest to znowu owo antykatolickie i antypolskie pomówienie, że my, katolicy polscy, jesteśmy zamknięci i nacjonalistyczni, kochamy tylko siebie i swoich, a dopiero kosmopolici, liberałowie i ateiści kochają serdecznie każdego i całą ludzkość. Tymczasem Polacy przyjęli nowego Papieża Benedykta XVI, Niemca, jak najlepiej - jako swojego, nawet lepiej niż sami Niemcy, przynajmniej na początku.
2. W mediach publicznych Jana Pawła II przedstawiono z takim aplauzem, jakby to On był twórcą całego chrześcijaństwa i jakby miał tak wielkie owoce ewangeliczne tylko z racji swoich naturalnych zdolności i przymiotów. Owszem, miał genialne zdolności od Boga, ale w Jego posłudze działał Chrystus przez Urząd św. Piotra i Papież głosił naukę Chrystusa, a ludzie garnęli się do Chrystusa w znaku Papieża i sam Karol Wojtyła był darem Bożym dla Kościoła i dla nas.
3. Mędrcy medialni rozwodzili się nad tym, jak to Jan Paweł II kształtował Kościół polski, podtrzymywał go i wpływał na nasz kraj, na naszą kulturę, na nasze poczucie godności. To jest prawda. Niewątpliwie Jan Paweł II ogromnie na nas wpłynął, pobudził naszą religijność, poruszył całą Polskę, ale była i druga strona, co wyraził kardynał rzymski Camillo Ruini, a mianowicie, że także Polska - jej kultura, nauka, duchowość, szlachetność - ukształtowały wprzód samego Wojtyłę jako człowieka Kościoła powszechnego. I to jest nasza chluba. Kościół polski nie był i nie jest zamknięty, lecz jest otwarty na cały świat, bo jest otwarty na Boga i na człowieka.
4. Podobnie tłumaczono, że młodzież świata polubiła naszego "niepostępowego" Papieża tylko dlatego, że umiał z nią rozmawiać i jej słuchać. Jest w tym ziarno prawdy, ale istotne było to, że był to Następca św. Piotra i że był autentycznym człowiekiem Bożym, a młodzież szuka prawdy w zakłamanym świecie, chce słyszeć słowa Chrystusa, lgnie do prawd ewangelicznych, mądrych, życiodajnych, odważnych, oznajmujących życie wieczne. Spotkania namiestnika Chrystusa z młodzieżą przypominały spotkania Chrystusa z dziećmi, choćby tylko w aspekcie błogosławieństwa. Religijne spotkanie człowieka z człowiekiem jest święte, spotkanie w wierze z dziećmi i młodzieżą ma charakter żywego proroctwa Chrystusowego i otwiera niebo.
5. Papież nie musi być modny ani niemodny, musi
być natomiast autentyczny i prawdziwy. I przez to będzie zawsze aktualny, zawsze
"otwarty", zawsze Piotrowy, bowiem zaświadcza najwyższą prawdę o nieskończonej
godności człowieka, o jego wspólnocie z Bogiem i o jego wiecznym życiu, co
zwiastował Chrystus i czego dowiódł przez swe zmartwychwstanie w swym
człowieczeństwie. Prawda i życie Jezusa Zmartwychwstałego to jest nasze
najpełniejsze otwarcie na człowieka.
Jak wytłumaczyć spór o "otwartość" Kościoła?
Pojecie otwartości Kościoła należy do niejasnych i nieprecyzyjnych. Jeśli "otwarcie" rozumieć jako chrześcijańską miłość powszechną, serdeczne spotkanie i dialog, jako służbę każdemu człowiekowi i współpracę w tworzeniu dobra religijnego i doczesnego, to nie ma nic bardziej wspaniałego. Jeśli jednak "otwarcie" rozumieć opacznie: jako rewizję swej tożsamości, rezygnację z ważnej części swej nauki, jako nielogiczne pomieszanie prawd objawionych z błędnymi, jako kompromis moralny czy jakieś zwątpienie w Boga, to wówczas "otwartość" jest podważeniem wiary w Boga i człowieka, zdradą Kościoła i drogą do bezsensu.
W dyskusji między katolikami cały problem leży w tym, jak się rozumie istotę Kościoła i jak się ocenia znaczenie jakiegoś elementu czy programu, czemu on właściwie służy: prawdzie czy nieprawdzie, czy Kościół buduje, czy też może burzy. Obawiam się, że liberalni misjonarze "otwarcia" Kościoła, nawet duchowni, mogą popełniać jakiś wielki błąd:
a) albo nie znają eklezjologii, czyli katolickiej nauki o Kościele,
b) albo mając słabą wiarę czy nawet złą wolę, nierozważnie buntują się przeciwko znanej sobie nauce o Kościele,
c) albo wreszcie mylą sferę sakramentalną Kościoła
z jego szatą zewnętrzną, zmienną, czysto ludzką, i zamiast proponować ulepszanie
szaty ludzkiej, żądają zmian w istotnym rdzeniu sakramentalnym, np. odrzucając
prymat, który miałby najbardziej przeszkadzać "otwartości ekumenicznej".
Słusznie pisze ks. prof. Tomasz Węcławski, że przecież "Nie ma dwóch Kościołów"
- ojciec Rydzyk i ks. abp Józef Życiński stanowią ten sam Kościół sakramentalny,
Kościół Boży, różnice dotyczą tylko drugorzędnych spraw doczesnych,
politycznych, patriotycznych ("Gazeta Wyborcza" 30 IV - l V 2005, s. 32).
Różnienie się w takich sprawach może być nawet twórcze. Prawdziwe błędy
pojawiają się dopiero tam, gdzie ktoś chce zmieniać istotę sakramentalną
Kościoła - gdy chce obrócić Kościół zbawczy w stowarzyszenie doczesne, gdy chce
poddać Kościół masonerii lub gdy chce odebrać Kościołowi Bożemu realny wpływ na
życie wiernych. Podobnie trzeba absolutnie bronić podstawowych prawd moralnych
Kościoła, jak czyni to z ewangelicznym światłem ks. prof. Jerzy Bajda. Bramy
prawd wiary i prawd moralności nie mogą ludzie z własnej woli otwierać
"szerzej", bo tą Bramą jest sam Jezus Chrystus.
Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 21-22 maja 2005, Nr 118 (2223)
.
.
.
.
.
.